Duch

Łukasz wracał do domu od rodziców. Latem mieszkali na wsi. Dom był stary, wymagał czasu i siły. Łukasz w weekendy pomagał ojcu w drobnych naprawach. Ostatnio serce ojca szwankowało, więc syn starał się przejmować większość cięższych prac.

Wyrwał się na dzień, naprawił płot, nosił wodę ze studni – najpierw do podlewania ogródka, potem do łaźni, pojechał z mamą do sklepu. Po kolacji zaczął się zbierać do drogi.

— Dokąd tak późno? Zostań, rano pojedziesz — namawiała matka.

Ale Łukasz obiecał Zosi, że wróci. Gdy już miał wyjeżdżać, zadzwonił do niej, a ona też radziła zostać do rana.

— To co, nie tęsknisz? — udawał urazę.

— Tęsknię. Bardzo. I czekam — zaśmiała się żona.

— To zaraz będę — odpowiedział z udaną energią.

Słońce dawno zaszło, zapadły chłodne, tajemnicze zmierzchy. Na drodze było pusto. Dopiero za kierownicą Łukasz zrozumiał, jak jest zmęczony. Pojedyncze samochody mijały go, oślepiając światłami. Gdy już dojeżdżał do miasta, na chwilę przymknął oczy…

— Zosia, jestem! — krzyknął z progu.

Żona nie odpowiedziała. Zajrzał do kuchni. Stała przy kuchence, mieszając coś na patelni, nucąc pod nosem prostą melodyjkę. „Ty jesteś jak wiatr, ja jestem jak ptak” — rozpoznał piosenkę. Zapach smażonej kiełbasy drażnił nozdrza. Łukasz dawno nie czuł się tak lekko. Zmęczenie zniknęło, jakby dopiero się obudził. Albo może tak było? Nie pamiętał drogi — jakby przeskoczył w czasie albo spał.

— Zosiu? — powtórzył.

Ale żona nie zareagowała.

„Znowu w słuchawkach” — pomyślał, ale gdy podszedł bliżej, nie było ich w jej uszach.

— Tęskniłem i zgłodniałem — szepnął jej do ucha.

Zamarła na moment, jakby nasłuchiwała.

— No nareszcie! — ucieszył się. — Myślałem, że ogłuchłaś.

W tej samej chwili Zosia przykryła patelnię, zgasiła gaz i gwałtownie się odwróciła. Łukasz ledwo odskoczył.

— Zosiu, co się dzieje? Dlaczego mnie ignorujesz? Jestem w domu! Otwórz oczy! — krzyknął.

Stał obok, a ona zachowywała się, jakby go nie było. Nagle rozległ się dzwonek telefonu. Zosia szybko przeszła do pokoju, mijając go tak blisko, że poczuł powiew powietrza na twarzy.

Łukasz zajrzał przez jej ramię. Na wyświetlaczu widniał nieznany numer. Zosia zawahała się, ale odebrała.

— Tak, to ja… Co? To jakaś pomyłka… — Po chwili telefon wypadł jej z ręki, osunęła się na kanapę, zakryła twarz i wybuchnęła płaczem.

— Zosiu, co się stało? Z tatą? Serce? — pytał, ale Zosia płakała, nie zwracając na niego uwagi.

Przysiadł przed nią, chciał odsunąć jej dłonie od twarzy — lecz ze zgrozą zobaczył, jak jego palce przechodzą przez jej ręce jak przez mgłę. Zerwał się na nogi, wpatrując się w swoje dłonie. Zosia odsłoniła twarz, spojrzała przed siebie zaczerwienionymi oczami.

— Łukasz? — szepnęła.

— Jestem tu — odparł, uradowany, że wreszcie go dostrzega.

Ale jej wzrok, prześlizgując się po jego twarzy, znów błądził po pokoju. Nie. Nie widziała go.

— To niemożliwe. Pomyłka… — szepnęła. — Łukaszu… — jęknęła i znów wybuchnęła szlochem.

Nagle zerwała się, podniosła telefon, zaczęła wybierać numer. Palce jej tak drżały, że ciągle myliła cyfry.

— Zaraz, zaraz… — przyłożyła słuchawkę do ucha.

Łukasz odruchowo sięgnął do kieszeni spodni. Telefonu tam nie było. Nie usłyszał też dzwonka.

„Zostawiłem w samochodzie” — pomyślał.

Zosia przerwała połączenie, zaczęła wybierać ponownie.

— Pani Danuto, powiedziano mi, że… Nie, Łukasz jeszcze nie wrócił. Dzwonili z policji… — Przerwała, łapiąc powietrze. — Miał wypadek tuż za miastem… Nie, pani Danuto, już go nie ma… — przekazała matce Łukasza straszną wiadomość, odrzuciła telefon i znów wybuchnęła płaczem, zawodząc jak zranione zwierzę.

„To o mnie? Rozbiłem się? Nie żyję?” — Łukasz nie wierzył. Jak miał uwierzyć, skoro stał w swoim mieszkaniu, rozmawiał z żoną? „Dlatego nie pamiętam drogi. Dlatego Zosia mnie nie widzi. Nie żyję.” — Nie przeraziło go to. Dziwił się tylko, że nie czuje strachu ani żalu.

— Łukasz, jak ja teraz… Jak mam żyć? — Zosia znów upadła na kanapę, twarzą w poduszkę.

Łukasz wyciągnął rękę, chciał ją pogłaskać, ale dłoń zawisła w powietrzu. Stał nad płaczącą żoną, próbując przypomnieć sobie, co wiedział o duchach. Przychodziły mu do głowy tylko filmy.

„Więc to tak wygląda. A myślałem, że to bajki. Jak długo tu zostanę? Gdzie są przewodnicy? Ktoś powinien mi wytłumaczyć…”

Czas płynął dziwnie. Zanim się zorientował, nastał ranek. Zosi nie było w pokoju. Sam nie wiedział, gdzie był przez te godziny. Nagle poczuł silne ciągnięcie. Mrugnął — i znalazł się w zimnym pomieszczeniu z kaflowymi ścianami. Na stole leżało ciało. Podszedł bliżej — poznał siebie, z twarzą pokrytą krwią. Obok stała matka, zasłaniając oczy chusteczką. Ojciec obejmował ją w pasie. Zosia stała z boku, wpatrzona w ciało. Po jej policzkach ciekły łzy.

Wyszli z kostnicy. Za płotem czekała taksówka.

— Może jednak pojedziesz z nami, Zosieńko? Razem łatwiej — szlochała matka.

Zosia tylko przecząco pokręciła głową.

Rodzice odjechali. Zosia została, wpatrzona w niebo, jakby szukała odpowiedzi. Łukasz podążył za rodzicami.

— Synku, mój synku — powtarzała matka.

Kierowca zdusił niedopałek butem.

— Wiesiu, pomyślałam… U Łukasza i Zosi nie ma dzieci. Mieszkanie kupiliśmy jemu. Ona nawet nie jest tam zameldowana… — matka ocierała łzy.Łukasz spojrzał raz jeszcze na Zosię, która stała samotnie przed kostnicą, a potem uśmiechnął się do światła, które ogarnęło go ciepłem, i odszedł, zostawiając za sobą świat pełen łez, lecz niosąc w sercu miłość, która nigdy nie umrze.

Rate article
Fajna Tajna
Duch