Nienawiść

**Nienawiść**

Wyszedłem z biura i automatycznie skierowałem się na parking, ale po chwili przypomniałem sobie, że samochód oddałem wczoraj do warsztatu. Najpierw się zdenerwowałem, a potem pomyślałem, że może to i lepiej. Jechanie w godzinach szczytu zatłoczonym autobusem nie nastrajało optymistycznie, więc postanowiłem pójść pieszo. Niepokoiło mnie tylko szybko ciemniejące niebo. Ciężka, czarna chmura sunęła nad miastem, zapowiadając burzę i ulewę.

Szedłem, raz po raz spoglądając w górę. Gdzieś w oddali rozległ się potężny grzmot. Wiedziałem, że gdzieś tu jest kawiarnia – mijałem ją codziennie, ale nigdy nie zaglądałem do środka. Przyspieszyłem kroku.

Gdy byłem już blisko, pierwsze ciężkie krople spadły mi na głowę i ramiona. Ledwo wpadłem do środka, gdy tuż nade mną rozległ się huk tak głośny, że aż podłoga zadrżała. Na zewnątrz ściana wody zasłoniła świat, a wiatr targał drzewami.

W kawiarni było sucho i przytulnie. Rozejrzałem się – stało kilka wolnych stolików. Za moimi plecami drzwi znów się otworzyły, wpuszczając do środka dwie dziewczyny uciekające przed deszczem. Szybko zająłem miejsce przy jednym z wolnych stolików. Wciąż ktoś wchodził, uciekając przed nawałnicą. W kawiarni zrobiło się gwarno, wszyscy komentowali burzę.

Podeszła do mnie kelnerka, wysoka i poważna. Położyła przede mną menu i już miała odejść, gdy ją zatrzymałem.

— Mięso bez dodatków, prostą sałatkę i kawę — rzuciłem krótko.

Zanotowała, zabrała karty i ruszyła do innych gości. Miała dużo pracy, wszyscy wpadli tu naraz. A za oknem szalała żywiołowa ulewa.

Barman podgłośnił muzykę, zagłuszając nią odgłosy burzy. Czekałem na zamówienie, myśląc z ulgą, że dobrze trafiłem. Że mam wymówkę, by nie wracać od razu do domu, by nie tłumaczyć się przed żoną z opóźnienia.

Ożeniłem się osiem lat temu z rezolutną Olą. Przed ślubem wszystko było piękne, tak jak i pierwsze miesiące małżeństwa. A potem Ola się zmieniła. Jej przyjaciółka wyszła za biznesmena, i moja żona wściekle jej zazdrościła. Tylko mówiła o futrach, diamentach i liftingach.

— Ola, po co ci to? Jesteś młoda i ładna.

— A będę jeszcze ładniejsza — upierała się. Wciąż coś jej nie pasowało: to nos, to usta, to biust za mały.

Próbowałem odwieść ją od ingerencji w wygląd. Mówiłem, że kilogramy silikonu nie uczynią jej piękniejszą, wręcz przeciwnie.

— Tak mówisz, bo ciebie nie stać — odpowiadała obrażona.

O dziecku słuchać nie chciała.

— Utyję, przestaniesz mnie kochać. Jak będziesz wystarczająco zarabiał, wtedy pogadamy — rzuciła kiedyś.

Nie dyskutowałem – kochałem ją. Kolega ze studiów od dawna namawiał mnie, bym dołączył do jego firmy, obiecywał złote góry. Zaryzykowałem. Początkowo szło świetnie. Nawet zmieniłem samochód – wprawdzie używany, ale lepszy niż poprzedni.

A potem wszystko runęło. Najpierw kontrola skarbowa, potem blokada kont. Biznes stanął w miejscu, a konkurencja zmusiła nas do sprzedaży. Zostałem z niczym.

Żona nazwała mnie nieudacznikiem. Ciągłe pretensje i awarie gasiły we mnie uczucie. Wróciłem do poprzedniej pracy, żyłem z dnia na dzień, nie mając siły odejść.

***

Przy moim stoliku usiadła młoda para. Patrzyłem na nich i myślałem, że my z Olą też tak kiedyś wyglądaliśmy. Gdzie to się podziało?

Myśli przerwały mi krzyki przy barze. Dwie dziewczyny broniły się przed pijanym typem. Nie wyglądały na stałe bywalczynie takich miejsc. Pewnie studentki schroniły się przed deszczem. Napastnik nagle złapał jedną z nich i ciągnął do wyjścia. Przyjaciółka próbowała interweniować, ale brutalnie ją odepchnął. Potknęła się, o mało nie upadła. Nikt w kawiarni nie reagował.

Wstałem i zastąpiłem mu drogę. Spojrzał na mnie jak na ofiarę.

— Czego? Spieprzaj. — I cisnął pięścią.

Uchyliłem się i odpowiedziałem ciosem. Puścił dziewczynę i rzucił się na mnie. Zaczęła się szamotanina. W końcu powaliłem go na ziemię. Ktoś krzyknął, że już dzwoni po policję.

— Chodźmy stąd! — Dziewczyna pociągnęła mnie za rękę.

Głowa pulsowała od uderzeń, w ustach czułem słony smak krwi. Obrażenia miałem solidne. Nie protestowałem, poszedłem z nią. Na zewnątrz wciąż padało, ale już słabiej. Skręciliśmy za róg.

— Tam jest apteka, trzeba opatrzyć rany. — Kiwnąłem głową. Kupiła wodę utlenioną, przemyła mi twarz i przykleiła plastry.

— Dzięki — powiedziałem.

Staliśmy blisko, czułem zapach jej włosów. *Jest ładna* — pomyślałem zaskoczony. *A jej dłonie delikatne jak skrzydła motyla.* Spotkaliśmy się wzrokiem, a ona spuściła oczy, lekko się rumieniąc.

W tym momencie do apteki wpadła jej przyjaciółka.

— Tu jesteście! Zamówiłam taksówkę. Kasia, chodź!

Kasia spojrzała na mnie. Uśmiechnąłem się. Wyszła z przyjaciółką. Gdy wyszedłem na zewnątrz, taksówka już odjeżdżała.

Zrobiłem kilka kroków, gdy usłyszałem za sobą: — Zaczekaj! — Odwróciłem się. Biegła w moją stronę.

— Kasia! Co jeszcze? Jedziemy! — warknęła przyjaciółka z taksówki.

— Jedź sama — krzyknęła Kasia i znów spojrzała na mnie.

— Nawet nie spytałam, jak masz na imię. Nikt w tej kawiarni nie zareagował, tylko ty.

— Tomek.

Nie pytała, dokąd idziemy, po prostu szła obok. Dowiedziałem się, że właśnie skończyła studia. Jeszcze nie miała pracy.

Przyznałem się, że jestem żonaty, choć źle nam się układa. Że na razie jeszcze mieszkamy razem.

— Wiem, widziałam obrączkę. Bałam się, że cię już nigdy nie zobaczę. — A ja pomyślałem, że było w tym coś przeznaczeniowego. Mogłem pojechać autobusem, burza mogła minąć obok, mogliśmy się nie spotkać. A jednak. DawnKasia uśmiechnęła się i przytuliła syna, a ja w końcu zrozumiałem, że największym szczęściem nie jest to, co się ma, ale to, kogo się kocha.

Rate article
Fajna Tajna
Nienawiść