Gdyby tylko wiedzieć, że tak się stanie…
Autobus podskakiwał na wybojach. Kierowca klął pod nosem, omijając kałuże, czasem nawet wyjeżdżał na przeciwny pas. Ludzi w autobusie było niewielu – zwykły roboczy dzień.
Kazimierz patrzył przez okno na osiadły, poczerniały śnieg. Jeszcze trochę i całkiem stopnieje, a lato tuż-tuż. Na kolejnym wyboju autobus znów podskoczył, a kierowca zaklął głośno.
— Jeszcze tak i bez kół zostaniemy.
W końcu przed nimi pojawił się cmentarny mur, za którym ciemniały rzędy nagrobków.
Za każdym razem, gdy tu przyjeżdżał, Kazimierz czuł ciężar niesionej przez los beznadziei i ulotności życia. Nie chciał myśleć, że kiedyś i on znajdzie tu spokój. Przychodził nie z potrzeby serca, ale z obowiązku. Tak trzeba – odwiedzać groby bliskich w odpowiednie dni. Zrobiło mu się wstyd za swoje myśli, więc głośno westchnął.
Autobus zatrzymał się przed bramą cmentarza. Drzwi z hukiem się otworzyły, a pasażerowie wysiedli, rozciągając nogi. Ludzie od razu skierowali się w stronę stoisk z sztucznymi kwiatami ustawionymi wzdłuż ogrodzenia. Kazimierz też powoli poszedł między nimi, wypatrując żywych kwiatów. Od jaskrawych, woskowanych płatków aż łzy stanęły mu w oczach. Na końcu zauważył kobietę, przed którą stało wiadro z czerwonymi goździkami.
Kupił cztery kwiaty i wszedł na cmentarz. Ścieżki tonęły w błocie. Starał się omijać kałuże, ale nawet pod luźnym śniegiem woda chlupała pod butami. Z żalem pomyślał, że lepiej było wybrać nowsze buty.
Dotarł prawie do skraju lasu i skręcił w lewo. Grób żony odnalazł od razu po krzyżu. „Trzeba postawić nagrobek. A może poczekać? Syn później zrobi od razu dla nas obojga?” Wokół już nie było tymczasowych krzyży. Rozejrzał się po cmentarzu – od jesieni, gdy tu ostatnio był, przybyło wiele nowych grobów.
Przekroczył niskie ogrodzenie i stanął w miękkim śniegu, udeptując go, by nie zapadać się głębiej. Czuł, że i tak przemókł.
— Cześć, Krysia.
Z wyblakłej fotografii w ramce, stojącej przy krzyżu, uśmiechała się do niego żona. Lubił to zdjęcie. Zapamiętał ją właśnie taką, choć na zdjęciu miała tylko trzydzieści sześć lat.
Przypomniał sobie tamte urodziny. Rano poszedł po kwiaty, a gdy wrócił, Krysia już była ubrana w nową sukienkę. Podarował jej złote kolczyki. Natychmiast włożyła je do uszu i uśmiechała się radośnie. Zdążył wtedy zrobić zdjęcie. Jakby to było wczoraj…
— Wszystkiego… Dziś skończyłabyś pięćdziesiąt sześć lat. — Kazimierz przyjrzał się, gdzie włożyć goździki.
Cały grób był pokryty sztucznymi kwiatami wetkniętymi w ziemię. One nie blakły, nie traciły koloru, jakby ktoś przyniósł je dopiero co.
Kazimierz schylił się, wyciągnął z śniegu jedną żółtą gałązkę kwiatów tuż przed krzyżem, wetknął ją w śnieg w nogach grobu. Na jej miejsce położył goździki. Ziemia była zamarznięta, łodygi nie dały rady wbić się głęboko, a śnieg wkrótce stopnieje i kwiaty i tak opadną. Wyglądały skromnie na tle krzykliwych sztucznych bukietów. Ale przynajmniej były żywe.
— Tęsknię za tobą. Ale nie mogę tu często przychodzić. Wybacz mi i nie gniewaj się. To ja zasługuję, by tu leżeć, nie ty. A życie postanowiło inaczej…
Mówił długo, opowiadał nowiny, patrząc na portret, aż nogi całkiem zesztywniały z zimna. Od czasu do czasu ciszę przerywało krakanie wron. I od tego robiło się jeszcze smutniej.
— Pójdę już, Krysiu. Włożyłem stare buty i przemokłem. A nie ma nawet kto mnie zbesztać. Przyjdę po Wielkanocy, gdy będzie sucho. Wtedy posprzątam twój grób, przyniosę nowe zdjęcie, takie samo. Jesteś tu zbyt piękna. Wybacz mi za wszystko. — Westchnął, przeszedł przez ogrodzenie i bez oglądania się ruszył do wyjścia.
Na przystanku czekało już kilka osób. Gdy w końcu wsiadł do autobusu, prawie nie czuł palców u nóg.
Ledwo dotarł do domu. Natychmiast zdjął mokre buty i skarpety, zagotował wodę na herbatę i gdy się zaparzyła, wypił dwie szklanki z miodem. Włożył suche wełniane skarpety, włączył telewizor i położył się na kanapie. Leciał jakiś film. Herbata rozleniwiła go i zaczął zasypiać…
***
Ewka przyszła na ich budowę po technikum. Młoda, o dużych oczach, z piegami na nosie i uśmiechem jak wiosenne słońce. Kazimierz nie mógł oderwać od niej wzroku. Ma żonę, syn w trzeciej klasie, a tu dziewczyna przyciąga jak magnes. I co zrobić, skoro wciąż ją widywał? Nie mógł przecież udawać, że jej nie widzi.
Pewnego dnia, niedługo przed świętami, spotkali się na przystanku. Ewka otulała się kołnierzem płaszcza. W jej oczach odbijały się światła latarni. Kazimierz zerkał na nią ukradkiem. Gdy podjechał autobus, przepchnął się za nią i usiadł obok.
— Cześć, Ewka. Do domu? — zapytał, by zacząć rozmowę.
— Tak. A ty?
— Ja też. — Kazimierz zamilkł na chwilę. — Choinkę już ubraliście?
— Nie. Tata zawsze kupował żywą. Leżała na balkonie. A trzydziestego grudnia wszyscy razem ją ozdabialiśmy. A jaki zapach wtedy w domu! Od razu robiło się świątecznie.
— Ale dziś jest trzydziesty grudnia. Masz żywą choinkę na balkonie? — dopytywał się Kazimierz.
Ewka roześmiała się dźwięcznie. Kazimierz nie mógł się napatrzeć.
— Rodzice daleko, a ja mam sztuczną. Jak wrócę, wyjmę z pudełka, złożę i ubiorę. Koniecznie zawieszę cukierki. Tak robiła mama. Potem napiję się herbaty i będę się nią zachwycać. — Znów się zaśmiała.
Kazimierz wyobraził sobie pokój, choinkę, Ewkę sięgającą po bombkę… A w kuchni cicho bulgoczący czajnikKazimierz zamknął oczy, pozwalając, by gorące łzy spłynęły po twarzy, i pomyślał, że niektóre błędy zostają z nami na zawsze, a jedyne, co możemy zrobić, to żyć dalej, nawet jeśli serce pękło na tysiąc kawałków.



