Wrzesień przyniósł do klasy nową dziewczynkę – Ludmiłę. Była tak drobna i wątła, że zdawało się, iż silniejszy podmuch wiatru mógłby ją złamać. Zawsze nosiła ciepły sweter, spod którego wystawały jej ostre, chude ramiona. Rzadkie, jasne włosy zaplecione były w cieniutkie warkoczyki ozdobione różowymi kokardami. Duże oczy na bladym, trójkątnym licu patrzyły smutno i zdziwione.
Wysokiemu, wysportowanemu Krzysztofowi wydała się baśniową księżniczką, którą trzeba chronić – i z zapałem wziął się do tego zadania. Dziewczyny od razu polubić jej nie potrafiły.
– Co w niej takiego? Tylko kości, a już się wywyższa… Jakim cudem jeszcze żyje, a tu proszę – najprzystojniejszego chłopaka sobie upatrzyła – szeptały złośliwie na przerwach.
W szkole Ludmiła nie jadła obiadów w stołówce. Od szkolnych posiłków robiło jej się niedobrze. Każdego dnia przynosiła duże jabłko. Odgryzała malutkie kęsy i żuła tak wolno, że nie zdążyła zjeść całego owocu nawet podczas długiej przerwy. Dziewczyny prychały, widząc w koszu niedojedzoną, ogromną ogryzkę. Krzysztof połykał obiad w ekspresowym tempie i biegł do Ludmiły, by ją osłaniać.
Odprowadzał ją do domu i niósł jej plecak. Żaden z chłopaków nigdy nie ośmielił się z niego żartować. Drogo by go to kosztowało – Krzysztof słynął z siły. Wkrótce wszyscy przywykli, że zawsze widuje się ich razem.
Krzysztof stoczył ciężką batalię z rodzicami i po maturze nie wyjechał do większego miasta na studia. Było mu wszystko jedno, gdzie się uczyć, byle tylko nie rozstawać się z Ludmiłą. Został w swoim miasteczku, zapisując się do technikum. Rodzice Ludmiły uwielbiali Krzysztofa i bez obaw powierzali mu córkę. Ona uczyła się dobrze, ale egzaminy zdawała ledwo – na każdym prawie robiło jej się słabo. O dalszej edukacji nie było mowy.
Ludmiła była późnym dzieckiem, a rodzice trzęśli się nad nią – broń Boże zachoruje, zdenerwuje się. Choć, prawdę mówiąc, nie chorowała jakoś szczególnie często.
Na rodzinnej naradzie postanowili, że dla dziewczyny ważniejsze niż wykształcenie jest dobre zamążpójście. Tutaj wszystko układało się idealnie. Krzysztof – wymarzony kandydat. Matka Ludmiły pracowała jako lekarka i załatwiła córce posadę sekretarki u dyrektora przychodni. Tak więc Ludmiła siedziała w recepcji, pisała na maszynie i odbierała telefony.
Tylko rodzice Krzysztofa nie byli zachwyceni Ludmiłą. Nie takiej synowej sobie wymarzyli. Namawiali go, by się opamiętał – nie rozumie, na jakie życie się skazuje. Nie będzie dla niego oparciem, pewnie nawet nie zdoła urodzić…
A Krzysztof o takich rzeczach nawet nie myślał. Po prostu lubił opiekować się tą kruchą dziewczyną. Sam przy niej czuł się jeszcze silniejszy. Podobało mu się, że jest inna niż reszta dziewczyn, a także to, jak patrzyła na niego swoimi ogromnymi, szarymi oczami. Ale rodzice tak go zamęczyli rozmowami o ewentualnym małżeństwie, że w końcu postanowił – i oświadczył się Ludmile.
Jej rodzice byli zachwyceni, że córka znalazła tak dobrego kandydata. Teraz mogą umrzeć spokojni – córka nie zginie. Prawda, Ludmiła nie miała nawyku dbania o dom. Zdecydowali więc, że młodzi po ślubie zamieszkają u nich, dopóki nie oswoją się z życiem rodzinnym, a oni pomogą, jeśli coś będzie trzeba. Ich mieszkanie było większe.
Rodziców Krzysztofa także to uspokoiło. Przynajmniej syn będzie najedzony.
Młodzi żyli spokojnie i zgodnie. Nie mieli nawet o co się kłócić. Gdy Ludmiła zaszła w ciążę, rodzice nie od razu uwierzyli. Brzuch nawet pod koniec ciąży był malutki. Nie zauważali też między nimi namiętności. Kiedy kładli się spać, z pokoju nie dochodził ani jęk, ani szelest.
Ludmile nie pozwalano dźwigać nawet cięższych książek, by donosiła dziecko. Rodzice nawet spania razem im teraz zakazali. W tym celu kupili dodatkową kanapę, na którą przeprowadził się Krzysztof.
Nie podobało mu się spanie osobno, więc zaczął nocować u swoich rodziców. I znów wszyscy byli zadowoleni. Tylko rodzice wciąż marudzili, że niepotrzebnie związał się z tą chudzielcem – całe życie będzie jej usługiwał. Denerwował się na nich i uciekał do znajomych.
Pewnego wieczoru poznał Małgorzatę – krępą, kształtną i wyraźnie seksowną brunetkę. Młodych, zdrowych ludzi ciągnęło do siebie z nieprawdopodobną siłą. Oboje stracili głowy – kiedy się spotykali, rzucali się sobie w ramiona jak głodne zwierzęta na zdobycz. Temperatura ich namiętności rosła z dnia na dzień.
Rodzice wyrzucali Krzysztofowi, że ucieka od żony, gdy ta go najbardziej potrzebuje. Zresztą Ludmiła specjalnie się nie przejmowała. Wsłuchiwała się w siebie, w nowe życie, które w niej rosło – i tylko tym była zajęta. Dziecko niespokojnie wierciło się w brzuchu i budziło w niej wilczy apetyt. Uspokajało się tylko na świeżym powietrzu. Dlatego Ludmiła godzinami siedziała na balkonie i czytała.
Może temperament dziecka zbyt różnił się od jej, a może znudziło mu się ciasne wnętrze brzucha – urodziło się przed czasem. Choć nieduży, synek okazał się żwawy i wyglądem przypominał ojca. Nawet rodzice Ludmiły to przyznali i cieszyli się z tego.
Krzysztof był wtedy z Małgorzatą. Dopiero następnego dnia zadzwoniła matka do pracy i oznajmiła, że został ojcem. Natychmiast przybiegł do szpitala, stanął pod oknami i patrzył na swoją wyczerpaną porodem Ludmiłę – wychudłą jeszcze bardziej niż zwykle.
Gdy żonę z dzieckiem wypisano, Krzysztof niósł synka przez całą drogę do domu. Ludmiła była zbyt słaba. Zadziwiające, że w ogóle urodziła. Miała piersi drobne jak nastolatki, a mleka mnóstwo – mógłby się nim upić. Chłopiec jadł, nabierał sił i po miesiącu zmienił się w pulchnego, zdrowego malca z donośnym głosem i znakomitym apetytem.
Rodzice przejęli wszystkie obowiązki związane z dzieckiem. Ludmile pozwalano tylko na spacery z wózkiem. Patrzyła na śpiąI tak minęły lata, aż pewnego dnia Ludmiła zasnęła spokojnie, uśmiechając się w stronę zdjęcia swojego ukochanego Krzysztofa.



