Opowieść o miłości

Zofia obudziła się rano, czując się nie najlepiej. Za oknem sypał gęsty śnieg. Cieszyła się, że wczoraj zdążyła zrobić zakupy, bo dziś musiałaby brnąć przez zaspy, a to nie lada wyzwanie z jej bolącymi nogami. Do tego zdawało się, że znowu skoczyło jej ciśnienie. Wzięła tabletkę, położyła się na kanapie i przymknęła oczy.

„Czemu tak leżę? Powinnam ugotować barszcz” – pomyślała, ale nie miała siły wstać.

Od lat w Nowy Rok przychodził do niej na obiad syn z żoną. A kiedyś, gdy Tomek był mały, przyprowadzał też wnuka. Zawsze od progu pytał: „Mamo, jest barszcz? Sałatki już mi się przejadły”. Zofia postanowiła, że jeszcze chwilę odpocznie i zabierze się za gotowanie. Zdąży. Nasłuchiwała siebie – w głowie zrobiło się jakoś lżej.

Otworzyła oczy i spojrzała na zdjęcie męża wiszące na ścianie. Zawiesiła je specjalnie tak, by widzieć go przed snem i po przebudzeniu. Minęło siedem lat, a ona wciąż nie potrafiła się przyzwyczaić. Często wspominała i rozmawiała z nim, patrząc na portret.

– Ciężko mi bez ciebie, Janku – powiedziała głośno.

„Pamiętasz, jak wróciłeś z pracy bez prezentu na moje urodziny? Kwiaty schowałeś pod płaszczem na wieszaku. Rozbierałeś się powoli specjalnie, żebym wyszła i spytała, czemu się tak grzebiesz. A ty powiedziałeś, że zgubiłeś wypłatę. Poszedłeś do sklepu po prezent, a ktoś wyjął ci portfel z kieszeni. Jakże się wtedy na ciebie wściekłam! Przeczuwałam podstęp, znałam twój nieznośny charakter, a jednak dałam się nabrać.

I jakiś ty był uparty – doprowadzał wszystko do końca. Już myślałam, jak przeżyjemy miesiąc bez grosza.

Przyszli goście: syn z żoną, twój przyjaciel Zbyszek z małżonką, no i moja koleżanka Krysia. Zasiedli do stołu, rozlali wino, ty wzniósłeś toast, a potem wręczyłeś mi pudełeczko ze złotymi kolczykami. Miałam wtedy pięćdziesiąt lat. Zrobiło mi się tak wstyd, że omal nie cisnęłam w ciebie tym pudełkiem. A ty tylko się śmiałeś, ciesząc się, że znowu mnie rozegrałeś”. – Zofia spojrzała na portret z wyrzutem.

„A pamiętasz, jak upuściłeś klucze w śnieg? Szukaliśmy ich godzinami. Sąsiedzi nawet wyszli nam pomóc. Potem je podrzuciłeś, żebym to ja je znalazła. Ile razy pytałam, nigdy się nie przyznałeś. Wstydziłeś się przed sąsiadami? Nie zrozumieliby. Nie tylko mnie tak drażniłeś, ale i dzieci…” – prowadziła w myślach rozmowę z mężem.

Jan ze zdjęcia słuchał uważnie. Rzadka fotografia, bo zwykle uśmiechał się figlarnie, a tu był poważny. Zofia westchnęła i usiadła na kanapie. Ból głowy ustąpił.

Poszła do kuchni i zaczęła gotować barszcz. Każdy ruch odbijał się bólem w kolanach. Gotowała i wspominała…

***

Był ciepły sierpniowy dzień. Młoda Zofia siedziała w białej sukni ślubnej przed lustrem. Koleżanka Krysia układała jej włosy. Uczyła się w mieście na fryzjerkę. Zofia nie mogła usiedzieć spokojnie – raz się uśmiechała, raz zamyślała.

Lada chwila przyjedzie po nią narzeczony, a ona wciąż nie była pewna, czy dobrze zrobiła, słuchając matki.

„Rodzina Wojtka porządna, gospodarstwo duże, sam chłopak pracowity. A za kogo innego w naszej wsi wyjdziesz? Miejskim swojego chowu nie brakuje” – przekonywała matka.

I Zofia się zgodziła. Dwadzieścia lat – czas na zamążpójście. Krysia zachwycała się jej strojem, Wojtkiem, a Zofii nabiegły łzy. Nasłuchiwała odgłosów za oknem – czy już nadjeżdża. I cieszyła się, gdy samochód mijał ich dom.

Aż wreszcie silnik zgasł przed domem, zatrzasnęły się drzwi. Zofia drgnęła i zastygła. Serce waliło jak ptak w klatce.

Krysia wybiegła przed dom, by powitać narzeczonego i żądać wykupu. Matka już stała na ganku…

A Zofia nagle pomyślała o czymś zupełnie innym, niż powinna. Przypomniała sobie, jak w przeddzień matka posłała ją do sklepu i tam spotkała Jana. Po wojsku nie wrócił do wsi, od razu wyjechał do miasta. Kilka lat go nie widziała.

Zmężniał. Nie powiedzieć, że przystojny, ale postawny, już zupełnie miejski. Zofia spłonęła rumieńcem pod jego wzrokiem, opuściła oczy.

„Spóźniłeś się, chłopcze. Nie ma co się gapić. To nie dla ciebie narzeczona. Jutro wychodzi za mąż” – powiedziała sprzedawczyni, ciocia Hela.

„To się jeszcze okaże” – uśmiechnął się Jan, nie odrywając wzroku od Zofii.

Nie pamiętała, co kupiła. Wypadła na ulicę i dopiero tam odetchnęła. I od tamtej pory nie mogła zapomnieć jego spojrzenia.

Zofia nasłuchiwała. Coś długo targowali się z narzeczonym o wykup. Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie. Przez próg wszedł nie Wojtek, lecz Jan.

Zofia zerwała się z krzesła, serce tłukło tak, że zaraz wyskoczy z piersi. Matka próbowała zatrzymać Jana, łapiąc go za rękaw koszuli. Krysia stała jak wryta, obserwując scenę. W końcu Jan wyrwał się z matczynych uścisków i podszedł do Zofii.

„Nie potrafię bez ciebie żyć. Pójdziesz ze mną? Teraz?” – spytał.

Ona nie mogła wydusić słowa. Jan porwał ją na ręce i skierował się ku drzwiom. Matka z przyjaciółką ledwo zdążyły odskoczyć. Zofia objęła go za szyję, oparła głowę na ramieniu, jakby to było najnaturalniejsze na świecie.

Tak właśnie Jan porwał ją sprzed ołtarza. Cała wieś długo rozprawiała o ich ślubie. A po co miałoby się zmarnować dobro? Wojtek przyszedł później pijany, ledwo trzymając się na nogach. Postał, popatrzył na nich i odszedł.

Później Jan opowiedział, jak poszedł do niego.

„Nie dam wam szczęścia. I tak ci ją odbiorę. Lepiej zabij mnie teraz” – powiedział.

Wojtek nie miał szans z Janem. Przestraszył się i zrezygnował z Zofii.

Po ślubie młodzi od razu wyjPo latach wspólnego życia, pełnego radości i psot, Zofia w końcu odnalazła swego ukochanego, by już nigdy nie czuć się samotna.

Rate article
Fajna Tajna
Opowieść o miłości