Marek podjechał pod starą, zaniedbaną kamienicę na warszawskiej Pradze i zaparkował tak, żeby nie rzucać się w oczy. Zmarszczył brwi na widok odrapanych ścian i brudnych okien. Nowe plastikowe ramy wyglądały jak świeże łaty na dziurawym ubraniu. Cały dom przypominał bezdomnego – co znalazł na śmietniku, to na siebie wciągnął.
Zatopiona wśród karłowatych drzew i innych zaniedbanych budynków, przetrwała już niejedną zmianę ustroju. Kamienica dogorywała tak samo, jak jej mieszkańcy.
Marek czuł, jak ogarnia go depresja na jej widok. W takim właśnie domu spędził dzieciństwo. I desperacko marzył, żeby stąd uciec. I trzeba przyznać – nie tylko marzył. Uczył się dobrze, poszedł na porządne studia, a potem jeszcze dokształcił się w ekonomii. Sukcesu w biznesie bez tego nie zbuduje.
Gdy wreszcie osiągnął wszystko, o czym marzył, zabrał rodziców do lepszej dzielnicy. Kupił im mały, ale nowoczesny dom z ogródkiem, gdzie przed wejściem rosły równo przystrzyżone krzewy, a z tyłu mama uprawiała warzywa. Bo co by to była za emerytka bez swoich pomidorów?
Kobiety lubiły Marka nie tylko za pieniądze. Był przystojny, hojny, umiał pięknie adorować. Dwa razy o mało nie ożenił się z laskami, które z chirurgiczną precyzją doprowadziły swoje urody do ideału. Ale potem wyobraził sobie, jak wprowadza długonogą narzeczoną do domu rodziców, jak jego prosta mama blednie przy tej silikonowej bogini… i dał sobie spokój.
Hania podbiła go naturalnym pięknem i ciepłym uśmiechem. Zakochał się od razu. Już po miesiącu przedstawił ją rodzicom. Mama spojrzała na dziewczynę, uśmiechnęła się lekko i ledwo zauważalnie skinęła Markowi głową.
Któż mógłby się oprzeć takiej naturalnej urodzie i spokojnemu charakterowi? Przyzwyczajona do skromności, Hania nie oczekiwała wiele. Jej ojciec dawno umarł, a matka – szybko dopadł ją rak. Marek otoczył żonę opieką i czułością. Nawet po roku małżeństwa wciąż się przed nią czerwienił jak nastolatek.
Aż pewnego dnia jego zastępca w firmie, a przy okazji przyjaciel, powiedział, że widział Hanię w tej zapyziałej dzielnicy, pod tą samą zrujnowaną kamienicą. Co ona tam mogła robić?
– A ty co tam robiłeś? – warknął Marek.
– Zbłądziłem, omijając korki.
„Zdradza mnie? Hania? Niemożliwe!” – pomyślał, ale po plecach przebiegł mu zimny dreszcz, a dłonie mimowolnie zaciśnięte w pięści.
– Może się pomyliłem – wycofał się przyjaciel, widząc reakcję Marka. – No wiesz, ładna, ale taka jak tysiąc innych. Przepraszam.
W domu Hania uśmiechała się spokojnie, przytulała, zachowywała naturalnie. Zdradzająca żona powinna unikać bliskości, prawda? A ona wręcz przeciwnie – jakby szukała pocieszenia.
Nie, tu coś było nie tak. Albo była genialną aktorką, albo kolega się pomylił. A może celowo chciał ich poróżnić? Tylko po co?
Tajemnica żony nie dawała mu spokoju. Postanowił ją śledzić. W przerwie obiadowej, gdy rzekomo Hania bywała w tej kamienicy, Marek podjechał i czekał. Żeby zabić czas, włączył muzykę.
Gdy już miał odjeżdżać, nagle pojawiła się Hania. Szybko podeszła do klatki, otworzyła kluczem zamek w drzwiach oblepionych ogłoszeniami, rozejrzała się i zniknęła w środku.
„Ma klucz? Ciekawe.” Serce Marka waliło jak szalone. Chciał ruszyć za nią, ale przypomniał sobie – nie ma przecież klucza. Nie będzie pukał po wszystkich mieszkaniach.
Zaczął więc czekać, nerwowo spoglądając na okna i wystukując rytm piosenki Kultu. Po czterdziestu minutach podjechała taksówka, Hania wsiadła i odjechała.
Marek nie gonił jej. Wrócił do pracy, ale nic mu nie wychodziło. Zostawił zastępcy sprawy i wcześniej wrócił do domu.
Nalał sobie solidną porcję koniaku. Zwykle nie pił tak wcześnie, ale dziś potrzebował rozładowania napięcia. „Haniu, Haniu… Dlaczego? Wydawałaś się taka uczciwa…” Chodził po domu jak niedźwiedź w klatce.
W końcu usłyszał, jak otwierają się drzwi wejściowe. Hania weszła do kuchni i zobaczyła go przy butelce.
– Dlaczego siedzisz po ciemku? – spytała. Marek drgnął. – Pijesz? Co się stało? W pracy?
Zauważył, jak jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. I chyba… strachu?
– U mnie wszystko w porządku. A ty? Nie masz mi czegoś do powiedzenia? – zapytał ochrypłym głosem.
– Nie rozumiem…
„Tego udawanego zdziwienia nie odtworzy nawet Meryl Streep” – pomyślał z goryczą.
– Gdzie byłaś w przerwie obiadowej?
– Byłeś w mojej pracy? Nikt mi nie powiedział… – odpowiedziała, lekko się zawahując.
Marek wpatrywał się w nią. Nagle Hania opuściła ramiona, z twarzy zniknął rumieniec.
„No proszę, zaczyna się przedstawienie.”
– Tylko nie kłam – powiedział na głos.
– Chciałam ci powiedzieć już dawno… – Hania podeszła do kanapy i osunęła się na nią.
Marek patrzył na jej zgarbione plecy. „Teraz będzie grała ofiarę? Nie uda się.”
– Dlaczego milczałaś? – spytał zimno. – Od jak dawna mnie okłamujesz?
– Od początku chciałam ci powiedzieć, ale nie mogłam… A potem…
Marek nalał sobie kolejny kieliszek.
– Nie pij więcej. Rano będzie cię bolała głowa – poprosiła.
– Już mnie boli. Ty lepiej martw się o swoją – warknął i wychylił trunek.
W jej oczach znów zagrał strach.
„Nie, tak nie pójdzie. Chcę widzieć twoją twarz, kochanie.”
Postawił kieliszek, podszedł do kanapy i gwałtownie nią obrócił. Hania aż pisnęła z zaskoczenia.
– Bałam się… Gdybyś poznał prawdę, mogłeś mnie wyrzucić – szepnęła, trzymając się kanapy, jakby to ona była pijana.
– Więc cały ten czas mnie zdradzałaś? Cicha woda brzegi rwie, co? – zachichotał pijanym śmiechem.
– Przestań pić…
– Mów wreszcie! –Hania opowiedziała mu wszystko, a gdy skończyła, Marek wstał, podszedł do okna i westchnął ciężko, zdając sobie sprawę, że jego podejrzliwość omal nie zniszczyła czegoś, co było znacznie ważniejsze niż jego dumna pewność siebie.



