Nikt nie winny, czyli Tak się gwiazdy zrobiły
Marek przytrzymał drzwi restauracji, przepuszczając żonę. Drzwi z cichym szelestem zamknęły się za nimi, tłumiąc rytm muzyki i gwar pijanych głosów. W oddali migotała nierówna smuga świateł miasta, przez ciemność wiła się kręta nitka latarni.
– Jesteś blady… Może jednak weźmiemy taksówkę? – spytała Ewa.
– Nie trzeba, dojedziemy sami. Tylko gorąco było w sali. Zaraz się ochłodzę i pojedziemy – Marek objął żonę ramieniem.
– Ale piłeś… – nie dawała za wygraną Ewa.
– Ledwie kilka kieliszków, i to na samym początku wieczoru. Już wywietrzyło. Poza tym nocą ruch mały. Nie martw się – uspokoił ją Marek.
– Mama dzwoniła. Franek nie może zasnąć bez nas, czeka – westchnęła Ewa. – Jestem zmęczona.
– To jedźmy? Pół godziny i będziemy w domu – Marek wyjął z kcieli kluczyki, nacisnął guzik pilota.
Głęboko na parkingu ich Skoda odpowiedziała sygnałem i mrugnęła światłami.
Marek wyjechał z parkingu pod modną restauracją za miastem i pewnie skierował auto ku miastu. Na sąsiednim siedzeniu Ewa wyprostowała zmęczone nogi, odchyliła głowę na zagłówek – już nie musiała dbać o fryzurę.
– Fajne wesele miał Tomek, co? Ale nasze było lepsze – powiedział Marek, spoglądając w lusterko na oddalające się światła restauracji.
– Szczerze mówiąc, ledwie je pamiętam – odpowiedziała Ewa, przymykając oczy.
– Ja też – przyznał Marek.
– Swojego wesela nikt nie pamięta. Może dlatego wydaje się lepsze od innych – odparła Ewa.
– Racja – uśmiechnął się Marek.
– Chyba mama powinna zostać u nas na noc. Jak dojedziemy, jak będziesz ją odwoził… – Ewa ziewnęła.
– Jasne, niech zostanie. Też ledwie zipię.
– Mówiłam, żeby wziąć taksówkę. Nigdy mnie nie słuchasz – słabym głosem powiedziała Ewa.
– Za późno, już jedziemy. Nie chcę jutro wracać po auto.
Ewa nie odpowiedziała. Siedziała z zamkniętymi oczami i marzyła, by jak najszybciej znaleźć się w domu, przebrać, zrzucić ciasne buty, które porządnie obtarły jej stopy, włożyć miękkie kapcie, wziąć prysznic…
Gdyby otworzyła oczy, zauważyłaby, jak Marek zaciął się w kierownicy, wpatrując się napiętemu w pędzącą pod kołami jezdnię. Jego blade czoło pokryła wilgoć, oddech stał się nierówny. Ewa tego nie widziała.
Marek nie przyznał się, ale żałował, że usiadł za kierownicą. Czuł, jak serce ściska się boleśnie, przepychając krew przez żyły. Z każdym uderzeniem ból narastał, oddech stawał się cięższy. Zatrzymać się? Nie, lepiej dojechać do domu i położyć się…
Wzdłuż drogi ścianą ciemniały drzewa, a miasto drażniło, nie zbliżało się, lecz jakby uciekało. Marek dodał gazu, lecz w tej chwili ból rozdarł mu klatkę, w oczach pociemniało. Huk wstrząsnął obrzeżami śpiącego miasta, ale Marek tego już nie usłyszał.
Kierowca tira wyskoczył z kabiny i podbiegł do zgniecionego przednim kołem samochodu. Od razu zrozumiał, że kierowca nie żyje. Obok siedziała kobieta. Spróbował otworzyć drzwi – zablokowane. Wsunął rękę przez rozbite okno, próbując wyczuć puls na jej szyi. Gdzie tam. Palce trzęsły mu się za bardzo.
Zadzwonił po pogotowie i czekał.
Uniewinniono go. We krwi zmarłego kierowcy Skody znaleziono alkohol, a sekcja wykazała, że zmarł na rozległy zawał jeszcze przed zderzeniem z tirem, wysyłając auto na przeciwny pas…
Kierowca ciężarówki przyszedł do szpitala, by dowiedzieć się o stan kobiety. Miała już dwie operacje, ale potrzebna była trzecia – wymiana zmiażdżonego stawu biodrowego na sztuczny. Inaczej nie będzie chodzić, zostanie inwalidką. Ale na sztuczny staw potrzebne były pieniądze.
***
– Krzysiek, nareszcie jesteś. Znalazłam super mieszkanie. Tyle lat marzyliśmy: piąte piętro, winda towarowa, centrum miasta, świetny układ. Oczywiście remont potrzebny, ale mocno zbiłam cenę. Jutro jedziemy oglądać. Ile mamy na koncie? Jeśli nie brałeś, to powinno starczyć – szczebiotała radośnie Kinga, gdy Krzysiek rozbierał się i mył ręce w łazience.
Kinga stanęła na jego drodze, szukając kontaktu wzrokowego.
– Poczekaj, Kinga – Krzysiek odsunął ją lekko i wyszedł z łazienki.
– Na co czekać? Takie mieszkanie szybko zniknie. Namówiłam właściciela, żeby nikomu więcej nie pokazywał. Nie mogłam się do ciebie dodzwonić – wyłączyłeś telefon – powiedziała Kinga, podążając krok w krok za mężem.
– Jak jadę, nie odbieram, wiesz – Krzysiek usiadł przy kuchennym stole. – Lepiej daj mi coś zjeść – powiedział zmęczonym głosem, unikając jej wzroku.
Kinga wyjęła talerz, otworzyła patelnię i zastygła z chochlą w dłoni.
– Zmieniłeś zdanie o kupnie mieszkania? – Odwróciła się gwałtownie. – Może masz inne plany? Rzuciłeś dobrze płatną pracę, jeździsz taksówką za grosze… Masz inną? Dlaczego milczysz?
– Nie gadaj głupot. Nikogo nie mam. Pieniędzy też nie – dodał cicho.
– Jak? – Kinga usiadła z pustym talerzem w ręce, wpatrując się w męża. – Gdzie są? Kupiłeś komuś mieszkanie?
– Przestań! – Krzysiek podniósł głos. – Oddałem je tej kobiecie, a raczej szpitalowi, żeby zrobić jej operację.
– Tej, której mąż zginął w wypadku? Ale co ty do tego? Uniewinnili cię. Nie rozumiem.
– Ja nie winny. On nie winny. Po prostu znaleźliśmy się w złym miejscu o złej porze. Mąż zginął, ona została inwalidką, a ma syna…
– Więc jej współczujesz. A nam nie żal? Całe życie oszczędzaliśmy, ty jeździłeś w niekończące się trasy. Całe życie w kawalerce. Ja szukałam, oglądałam meble. Taka okazja… Nie, chyba oszalałeś. – Kinga wstała, zLecz gdy po latach Krzysiek i Kinga znów się spotkali na ślubie Tymka i jego narzeczonej, zrozumieli, że czasem najważniejsze rzeczy dzieją się właśnie wtedy, gdy życie nie idzie zgodnie z planem.



