Okno do pokusy: Co czeka na zewnątrz?

Krzysztof otworzył okno i wszedł na parapet. Asfalt czerniejący w dole zarówno przyciągał, jak i przerażał.

Życie bywa jak kręta leśna ścieżka – nigdy nie wiadomo, dokąd zaprowadzi i co kryje się za najbliższymi drzewami. Krzysztof Kowalski nie mógł nawet przypuszczać, że najpierw straci, a potem odzyska swoje szczęście.

Nie śpieszył się z małżeństwem. Szukał bratniej duszy. Kiedy zobaczył Elżbietę w kawiarni, serce natychmiast zabiło mocniej – to była ona. Bez wahania podszedł i przedstawił się. Czytali te same książki, oglądali te same filmy, oboje uwielbiali jeździć na łyżwach, marzyli o dużej, szczęśliwej rodzinie i dzieciach.

Wszystko potoczyło się zgodnie z ich marzeniami, tylko dziecko wciąż się nie pojawiało. Elżbieta chodziła po lekarzach, leczyła się, jeździła nawet do sanktuariów, nie tracąc nadziei. Pewnego dnia uwierzyła, że w końcu jest w ciąży. Nie spieszyła się do szpitala, czekała, by się nie pomylić. Dopiero gdy brzuch zaczął rosnąć, poszła do poradni.

Okazało się, że to nie wymarzona ciąża, a guz. Kiedy przychodził z Elżbietą do onkologicznego, Krzysztof za każdym razem widział zamrożone spojrzenia innych chorych, jakby wsłuchiwali się w swoje ciała. Wkrótce dostrzegł to samo w oczach żony.

Krzysztof nie odstępował Elżbiety na krok. Najpierw wziął urlop, potem zwolnienie na własny koszt, aż w końcu lekarz wyrozumiał jego sytuację i wystawił zwolnienie. Ale szef wezwał go i oznajmił – albo wraca do pracy, albo odchodzi. Krzysztof podpisał wypowiedzenie.

Dni spędzał, opiekując się żoną. Trzymał ją za rękę, gdy zaczęła się dusić, modlił się do Boga, by ich nie rozdzielał, by zabrał go razem z nią.

Nic nie pomogło. Elżbieta odeszła trzy miesiące później.

Po pogrzebie Krzysztof wrócił do pustego mieszkania. Szlafrok Elżbiety wisiał na oparciu krzesła już od miesiąca. Krzysztof wciąż miał nadzieję, że wstanie i go założy. W przedpokoju stały jej buty, wisiała kurtka, którą kupili zeszłej wiosny na wyprzedaży. Gdziekolwiek spojrzał, wszystko przypominało mu o Elżbiecie – ukochanej i jedynej, która odeszła tak wcześnie.

Wtulił twarz w poduszkę, która wciąż pachniała żoną, i rozpłakał się. Potem poszedł do sklepu i kupił dwie butelki wódki. Rano ledwo wstał. Ból, który wieczorem trochę osłabł, wrócił z nową siłą. Wylał niedopitą wódkę do zlewu. Chociaż – czy to w ogóle ma znaczenie? Bez Elżbiety nie chciał żyć.

W dzień jakoś dawał radę, ale nocami nie miał gdzie uciec przed rozpaczą. Pewnej nocy stał przy oknie i patrzył na miasto. Co go tu jeszcze trzyma? Mieszkanie? Niech je diabli wezmą. Nie miał pracy, nie miał żony, nie miał dzieci. Otworzył okno i wszedł na parapet. Asfalt w dole przyciągał i przerażał. Czwarte piętro – nie tak wysoko. A co jeśli nie zginie od razu?

Zadzwonili do drzwi. Przez krótką chwilę patrzył w dół, po czym zeskoczył z parapetu i poszedł otworzyć. W drzwiach stała sąsiadka.

– Widzę, że też nie możesz spać. Tylko sprawdzić, czy żyjesz. Taka u ciebie cisza. A skąd ten przeciąg? Okno otwarte? Nie zamierzasz czegoś głupiego zrobić? – wpatrywała się w niego z niepokojem.

– Po prostu wietrzę – odparł spokojnie.

– A, no dobrze. Tylko uważaj, żebyś nie zrobił niczego głupiego. Jak wyskoczysz, to Elżbiety już nigdy nie zobaczysz. To grzech, odbierać sobie życie. Bóg nie pozwoli wam być razem w niebie.

– Wszystko w porządku, ciociu Marysiu.

Ledwo ją odprawił. Ale ochota na skok z okna minęła. Słyszał, że samobójstwo to grzech, którego się nie odpuszcza.

Nie spał całą noc, myślał. A rano wrzucił do torby parę rzeczy i zdjęcie, na którym on i Elżbieta zostali razem na zawsze. Oszczędności wyparowały – wszystko poszło na leczenie. Wzrok zahaczył o szlafrok na krześle. Odwrócił się i wyszedł. Zamknął mieszkanie i zapukał do sąsiadki.

– Gdzie się wybierasz? – zapytała, widząc torbę na jego ramieniu.

– Do matki. Nie mogę tu zostać. Zapiłbym się.

– Słusznie. Na długo? – Sąsiadka zmrużyła oczy.

– Nie wiem. Tylko dopilnujcie mieszkania. – Podał jej klucze. – Numer telefonu macie, dzwońcie, jeśli coś. Czas jechać. – Machnął ręką i szybko zszedł po schodach.

Przez chwilę siedział w samochodzie, zbierając myśli. Potem przekręcił kluczyk i wyjechał z podwórka. Na drodze wcisnął gaz do dechy i ruszył przed siebie. Przemknęła mu przez głowę myśl, by puścić kierownicę – ale wtedy zginęliby niewinni ludzie.

Dwadzieścia kilometrów przejechał jednym tchem, pierwszy raz od miesięcy czuł się lekko i wolny. Rodzinne miasteczko zaskoczyło go wąskimi, błotnistymi uliczkami. Zwykle przyjeżdżał tu latem, gdy liście wszystko upiększały. Zapomniał, jak wygląda wiosenne błoto w małym prowincjonalnym miasteczku.

Oto i dom. Krzysztof zatrzymał samochód przed ogrodzeniem i wysiadł. Zawiasy furtki zajęczały. Na ganek wybiegła matka, wpatrując się w niespodziewanego gościa, załamała ręce i rzuciła się w jego stronę.

– Synku, Krzysiu! Jak to? Nawet nie uprzedziłeś. Sam jesteś?

Przytulił ją, wciągnął znajomy zapach, serce wypełniło się ciepłe i czułością. Myślał, że już nie ma w nim łez – wszystkie wylał na pogrzebie – ale teraz poczuł, jak oczy znów stają się wilgotne.

Długo rozmawiali, dzielili się wiadomościami. Matka ubolewała nad śmiercią Elżbiety, współczuła synowi, starała się go pocieszyć, nakarmić czymś pysznym.

– No i dobrze, że przyjechałeś. W domu nawet ściany leczą. Co tam samemu robić? A pamiętasz, jak biegałeś ze szkoły…

KołyszącyNa tej samej ulicy, kilka domów dalej, zapaliło się światło w oknie, jakby ktoś czekał na niego, choć jeszcze o tym nie wiedział.

Rate article
Fajna Tajna
Okno do pokusy: Co czeka na zewnątrz?