— Czemu tak na mnie patrzysz? No tak, nie chcę dzieci. Czy jest nam źle we dwoje? — zapytała Jana męża.
Pierwszy promień słońca zajrzał do kuchni, przecinając żaluzje i rysując na podłodze, ścianie i blacie pasy światła i cienia. Dotarł w końcu do twarzy Krzysztofa i musnął jego zaczerwienione od niewyspania oczy.
Krzysztof przymknął powieki, ale nawet przez cienką skórę powiek czuł ostry blask. Odsunął się razem z krzesłem w stronę, gdzie słońce nie sięgało — tam, gdzie jego zmęczone oczy mogły wreszcie odpocząć.
Słońce, jakby urażone, schowało się za ścianę dziewięciopiętrowca naprzeciwko. W kuchni zrobiło się ciemno i przygnębiająco. W tej samej chwili rozległ się długo wyczekiwany dźwięk otwieranego zamka. Krzysztof drgnął, wstrzymał oddech i nasłuchiwał cichych szmerów w przedpokoju.
Ciche kroki bosych stóp zatrzymały się na chwilę w pokpotem zbliżyły się do kuchni, a Jana zapytała niepewnie: — Krzysztof, nie śpisz?



