— Po cholere weszłaś w mój laptop? — Janusz zawisnął nad Zofią. Nigdy jeszcze nie widziała go takim…
Zofia wróciła ze szkoły i już w przedpokoju poczuła ciężki zapach alkoholu. Z pokoju dobiegało głośne chrapanie. Ojciec znów był pijany. Poszła prosto do kuchni.
Matka stała nad zlewem i obierała ziemniaki. Usłyszawszy kroki, odwróciła się. Zofia jednym spojrzeniem zauważyła czerwoną, spuchniętą policzkę.
— Mamo, chodźmy stąd. Ile można to znosić? On cię kiedyś zabije — powiedziała ze złością.
— Gdzie pójdziemy? Kto nas przygarnie? Nie mamy na wynajem mieszkania. Nie bój się, nie zabije mnie. Tchórz jest. Tylko przede mną się puszy.
Nadzieja zbudziła Zofię dziwnymi odgłosami. Wstała i zajrzała do kuchni. Ojciec stał przy kuchence i pił wodę prosto z czajnika, odchylając głowę do tyłu. Zofia patrzyła, jak jego jabłko Adama porusza się rytmicznie, w górę i w dół. Słyszała bulgotanie wody przechodzącej przez gardło. *Niech się zakrztusi, proszę, niech się zakrztusi!* — pomyślała z nienawiścią.
Ale ojciec się nie zakrztusił. Postawił czajnik, chrząknął z zadowoleniem, spojrzał na nią opuchniętymi, czerwonymi oczami i przeszedł obok do łazienki.
Zofię przeszedł dreszcz na myśl, że matka dolałaby wody z kranu do tego samego czajnika, nie spłukawszy śliny i smrodu ojca. Wzięła czajnik i długo sztoZofia uścisnęła mocno swoje dziecko w ramionach, postanawiając w duchu, że ono nigdy nie pozna życia pełnego strachu i goryczy, jakie ona przeżyła, i spojrzała w okno, gdzie pierwsze promienie wschodzącego słońca zwiastowały nowy początek.



