Nie ma winnych, po prostu gwiazdy się ułożyły

Nikt nie winien, czyli Tak się gwiazdy zbiegły

Jan przytrzymał drzwi restauracji, przepuszczając żonę przodem. Za nimi drzwi zamknęły się cicho, tłumiąc rytm muzyki i gwar pijanych głosów. W oddali migotała nierówna smuga świateł miasta, a przez ciemność wiła się kręta nitka latarń.

— Jesteś blady… Może jednak weźmiemy taksa? — zapytała Halina.

— Nie ma potrzeby, dojedziemy sami. Po prostu duszno tam, w sali. Ochłonę i pojedziemy. — Jan objął żonę ramieniem.

— Ale piłeś… — Halina nie dawała za wygraną.

— Ledwo parę łyków, i to na początku wieczoru. Już wywietrzało. Poza tym nocą ruch mały. Nie martw się — uspokoił ją Jan.

— Mama dzwoniła. Franio nie kładzie się spać bez nas, czeka — westchnęła Halina. — Jestem zmęczona.

— To może ruszamy? Pół godziny i będziemy w domu. — Jan wyjął z kieszeni marynarki kluczyki, nacisnął przycisk pilota. Gdzieś w głębi parkingu ich Kia odezwała się sygnałem i mrugnęła kilka razy światłami.

Jan wyprowadził samochód z parkingu modnej podmiejskiej restauracji i pewnie skierował się w stronę miasta. Na sąsiednim fotelu Halina wyciągnęła zmęczone nogi, odchyliła głowę na zagłówek — już nie musiała myśleć o fryzurze.

— Ładne wesele miał Paweł, co? Choć nasze i tak było lepsze — powiedział Jan, spoglądając w lusterko na oddalające się światła restauracji.

— Szczerze mówiąc, ledwo je pamiętam — odparła Halina, przymykając zmęczone oczy.

— Ja też — przyznał Jan.

— Własnego wesela nikt nie pamięta. Może dlatego wydaje się lepsze niż inne — zauważyła Halina.

— Masz rację — uśmiechnął się Jan.

— Myślę, że mama powinna zostać u nas na noc. Zanim dojedziemy, zanim zawieziesz ją do domu… — Halina ziewnęła.

— Oczywiście, niech zostanie. Też ledwo trzymam się na nogach.

— Mówiłam, żeby wziąć taksa. Nigdy mnie nie słuchasz — powiedziała Halina słabym głosem.

— Za późno, już jedziemy. Nie chcę jutro wracać po samochód.

Halina nie odpowiedziała. Siedziała z zamkniętymi oczami, marząc, by już znaleźć się w domu, przebrać się, zrzucić ciasne buty, które porządnie obtarły jej stopy, włożyć miękkie kapcie, wziąć prysznic…

Gdyby otworzyła oczy, zauważyłaby, jak Jan kurczowo ściska kierownicę, wytężając wzrok w pędzącą naprzeciw wstęgę drogi. Jego blade czoło pokryło się potem, oddech stał się nierówny. Halina tego nie widziała.

Jan się do tego nie przyznał, ale żałował, że usiadł za kierownicą. Czuł, jak serce ściska się do bólu, przepychając krew przez naczynia. Z każdym uderzeniem ból narastał, oddech stawał się coraz trudniejszy. Zatrzymać się? Nie, lepiej dojechać do domu i położyć się…

Wzdłuż drogi ścianą ciemniały drzewa, a miasto drażniło się, nie zbliżając, lecz jakby oddalając. Jan dodał gazu, lecz w tej samej chwili ból rozdarł mu pierś, w oczach pociemniało. Huk wstrząsnął obrzeżami śpiącego miasta, lecz Jan tego już nie usłyszał.

Kierowca tira wyskoczył z kabiny i podbiegł do zmiażdżonego samochodu. Od razu zrozumiał, że kierowca nie żyje. Obok siedziała kobieta. Spróbował otworzyć drzwi — zacięło się. Wsunął rękę przez rozbite okno, próbując namacać puls na jej szyi. Ale co tam — palce mu tak drżały.

Zadzwonił po pogotowie i czekał.

Uniewinniono go. We krwi zmarłego kierowcy KiW krwi zmarłego kierowcy Kià znaleziono alkohol, a badania wykazały, że zmarł na rozległy zawał, zanim jeszcze uderzył w tir, wyrzucając samochód na przeciwny pas…

Kilka miesięcy później, gdy Halina i jej syn powoli wracali do normalności, a Irena – teraz już z nową protezą – znów uczyła się stawiać kroki, Jan zrozumiał, że choć gwiazdy zeszły się w najokrutniejszy możliwy sposób, to właśnie one poprowadziły ich wszystkich ku nowemu początkowi.

Rate article
Fajna Tajna
Nie ma winnych, po prostu gwiazdy się ułożyły