— Mówmy sobie po imieniu — szepnął Krzysztof, jego oddech musnął ucho Anny. Przeszył ją dreszcz.
— Lidko, sprawdź, czy w korytarzu ktoś jest? Chcę wyjść wcześniej, dziś mama ma urodziny — powiedziała Anna.
— Już sprawdzam, pani Anno — odparła młoda pielęgniarka, otwierając drzwi i wychylając głowę. — Nikogo nie ma, wszystkie wizyty zakończone.
— Dobrze. Jeśli ktoś przyjdzie, zapisz na jutro albo niech idą do Olgi.
— Niech pani idzie, ja tu posiedzę i wszystko ogarnę — uśmiechnęła się Lidka. — Ordynatorka jest na szkoleniu, w razie czego, ja się panią zasłonię.
— Dziękuję. Co bym bez ciebie zrobiła? — Anna chwyciła torbę, rzuciła okiem na biurko i wyszła. — Do jutra.
— Do widzenia, pani Anno! Ojej, niech się pani spieszy, już się ściemnia, zaraz zacznie lać.
— Właśnie, muszę jeszcze wstąpić po kwiaty. No to lecę!
Przebierała się w pośpiechu, płaszcz narzucała już na schodach.
— Pani Anno, już pani wychodzi? — zatrzymała ją starsza kobieta przy rejestracji.
— Witam. Może pani przyjść jutro? Bardzo się śpieszę — odpowiedziała, poprawiając kołnierz.
— Pani Anno, moja wnuczka tylko pani ufa. Płacze cały czas… — kobieta nie odstępowała.
— Jutro mam dyżur wieczorem, rano odwiedzę panią. Teraz muszę lecieć!
Wyszła przed przychodnię. Ciemna chmura wisiała nad miastem, jakby za chwilę miała pęknąć i zalać ulice wodą.
Gdy dobiegła do kiosku z kwiatami, pierwsze krople spadły na jej ramiona. Sprzedawca zawinął ulubione gerbery matki w folię. Anna nerwowo spoglądała na odjeżdżające autobusy. W końcu zapłaciła i pobiegła na przystanek, osłaniając głowę bukietem.
Deszcz nasilał się. Została sama pod wiatą, przemoczona. Autobus nie nadjeżdżał.
„Powinnam była zaczekać w przychodni, porozmawiać z babcią Oli…” — żałowała.
Nagle przy chodniku zatrzymał się czarny jeep. Anna pomyślała z zazdrością, jak dobrze mieć samochód.
Szyba po stronie pasażera opadła. Mężczyzna spojrzał na nią.
— Wsiadaj. Na trasie awaria, autobusy stoją.
Zanim zdążyła się zastanowić, otworzył drzwi. W środku było ciepło i sucho.
— Dokąd? — zapytał.
Miał może jej wiek, elegancki garnitur. Anna poczuła się niepewnie.
— Na Staromiejską.
— W moją stronę.
Jego pewność siebie onieśmielała ją. Nie wyglądał na typowego kierowcę.
— Dlaczego mnie podwozisz? — spytała, patrząc na wycieraczki.
— Awaria. A ty z kwiatami — pewnie na imieniny. Po drodze.
„Tacy faceci nie podwozą zwykłych kobiet” — pomyślała.
— Twoja twarz wydaje mi się znajoma — przerwał milczenie.
— Nie sądzę — uśmiechnęła się. — Jesteśmy z innych światów.
— Lekarka?
— Tak. A ty pewnie biznesmen.
— Miałem wnuczkę u ciebie dwa miesiące temu.
— Ty? — spojrzała z niedowierzaniem. — Wyglądasz za młodo na dziadka.
— Córka urodziła wcześnie.
— Jabłko nie padło daleko od jabłoni — rzuciła ironicznie.
— Jesteś ostra. Wtedy też taką cię poznałem.
— To źle?
— Zależy do czego — uciął. — Mieszkaliście na Staromiejskiej?
— Tak.
— Chodziłaś do „dwunastki”?
— Skąd wiesz…?
— Ja też. Dziwne, że się wcześniej nie spotkaliśmy.
— Kiedy skończyłeś?
— W dziewięćdziesiątym siódmym.
— Ja w 2000.
— Pewnie byłaś prymuską? Marzyłaś o medycynie?
Chciała odpowiedzieć ciętą ripostą, ale zobaczyła dom matki.
— Skręć w tę bramę.
Zatrzymał się przed wejściem.
— Dziękuję — wysiadła, nie dając mu szansy pomóc.
Gdy odwróciła się, jeep już odjeżdżał.
W mieszkaniu pachniało wanilią.
— Cała mokra! — matka wzięła kwiaty. — Herbata już gotowa.
— Twoje koleżanki nie przyszły?
— Nie zapraszałam. Niech nie wydają pieniędzy. Kto cię podwiózł?
— Przypadkowy kierowca.
— Przystojny — zauważyła matka.
— Skąd wiesz?
— Nie jestem ślepa.
Pili herbatę, potem Anna zasnęła na kanapie.
Następnego dnia w pracy nie mogła skupić się na wizytach. Wychodząc, zobaczyła ten sam jeep.
— Zostawiłaś to. — Podał jej zgubioną broszkę.
— Dziękuję…
— Kolacja?
Pojechali do restauracji. Opowiedział o sobie — żona zmarła, córka wcześnie urodziła.
— Polubiłem cię od pierwszej wizyty. To los, że znów cię spotkałem.
Kiedy wracali, zapytała, dlaczego ją zaprosił.
— Masz we mnie coś… ciepłego.
— Jesteśmy z tej samej szkoły — uśmiechnęła się.
— Mówmy sobie po imieniu — szepnął, całując ją w policzek.
Anna wstała zdezorientowana.
— Musisz już iść.
Przeprosił i wyszedł.
Tydzień później znów wsiadła do jego samochodu.
— Przepraszam, że cię wyrzuciłam… — zaczęła.
— Nie wiesz, czego chcę. A ja chcę cię taką, jaka jesteś.
Zabrał ją do teatru.
— Jeszcze będzie dobrze — pomyślała.
Moja teściowa wyszła za mąż po pięćdziesiątce. Mówiła, że życie dopiero się wtedy zaczyna…



