**Dziennik osobisty**
Od pierwszego dnia, gdy tylko Zosia dołączyła do naszego biura, nie mogłem przestać na nią patrzeć. Smukła blondynka z brązowymi oczami, która od razu przyciągnęła uwagę całego zespołu. Kobiety w biurze podzieliły się na dwa obozy: jedne twierdziły, że ma farbowane włosy, bo „blondynki nie mają brązowych oczu”, inne – że nosi kolorowe soczewki. Czas mijał, a kolor jej włosów się nie zmieniał. Czasami zakładała okulary – po co, skoro miała soczewki?
Łobuzerski Kacper też ją zauważył, ale w przeciwieństwie do mnie, nieśmiałego Krzysia, od razu zaczął się nią opiekować. Zapraszał na kawę w przerwie, podwoził samochodem. Gdy tylko zaproponował jej podwiezienie, moje serce prawie pękło z zazdrości.
Jak ja, Krzyś, mogłem konkurować z Kacprem? On był przystojniakiem, który potrafił rozkochać w sobie każdą dziewczynę żartami i komplementami. Prawda była taka, że gdy tylko Kacper osiągnął cel, tracił zainteresowanie i szukał nowej ofiary. Tym razem zostawił bez uwagi Martę, która teraz płakała w toalecie i knuła zemstę.
Ja? Byłem postawnym, rumianym niezdarą w za dużych swetrach i okularach w rogowej oprawie. Nawet moje nazwisko – Kowalik – brzmiało jak z dowcipu. Ale za to znałem się na komputerach. Każdy w biurze wołał: *”Krzyś, pomóż!”* – zanim mrugnąłem okiem, naprawiałem awarię lub montowałem film.
*”Kowalik, ty jesteś geniusz! Ja bym nad tym spędził cały wieczór, a ty w pół godziny ogarnąłeś. Naleje ci whisky!”* – mówili koledzy, ale zawsze zapominali. Nie piłem, więc wolałem podziękowania od dziewczyn – całus w policzek, od którego robiłem się czerwony jak burak.
Tak naprawdę miałem na imię Krzysztof, ale wszyscy nazywali mnie “Krzyś”. Próbowałem się buntować, ale Kacper tylko klepał mnie po ramieniu: *”Nie przejmuj się, pasuje ci.”* Nie wiedziałem, czy to komplement, czy drwina.
Nie byłem bogatym dziedzicem jak ten z książki. Mama wychowała mnie sama. Gdy spytałem o ojca, powiedziała prawdę – urodziła mnie pod koniec swojej młodości, dla siebie. Była drobna, niepozorna, ale dała mi wszystko. Gdy tylko zacząłem zarabiać, odeszła na emeryturę i poświęciła się gotowaniu. Jadałem pierogi i rosół, a moja waga rosła.
Aż pojawiła się Zosia. Pierwsza dziewczyna, która sprawiła, że straciłem sen. Ściągałem jej zdjęcia z Facebooka i wpatrywałem się w nie godzinami. Pewnego dnia celowo uszkodziłem jej komputer.
*”Pomóż!”* – przybiegła do mnie zrozpaczona. Długo udawałem, że naprawiam problem, który sam stworzyłem. W końcu go usunąłem.
*”Dziękuję! Żądaj, co chcesz!”* – powiedziała nierozważnie.
*”Co chcę?”* – spojrzałem na nią dziwnie.
*”No… w granicach rozsądku.”*
*”Wszystkie filmy już widziałem. Będzie firmowa impreza. Zatańczysz ze mną?”*
*”Z tobą? Umiesz tańczyć?”* – zdziwiła się. *”Dobrze, obiecuję.”*
Na imprezie, gdy Kacper porwał ją do tańca, Zosia zapomniała o obietnicy. Wyszedłem wcześniej. Nazajutrz przeprosiła: *”Czemu uciekłeś? Przecież bym z tobą zatańczyła!”*
*”Jesteś taka jak wszystkie. Lubią tylko przystojniaków.”*
*”Jesteś mądry, dobry… ale musisz schudnąć. Może spróbujesz soczewek? Innych ubrań? Dziewczyny też patrzą na wygląd.”*
Stałem przed lustrem i wiedziałem, że ma rację. Odmówiłem mamie pierogów. *”Nie smakują?”* – spytała zmartwiona. *”Są pyszne, ale nie chcę tyle jeść.”* Nazajutrz poczęstowałem całe biuro.
*”Teraz wiem, skąd twoja tusza”* – zaśmiał się Kacper, zajadając trzeci pieróg.
Znalazłem ogłoszenie o kursie tańca. Zadzwoniłem. Odebrał miły kobiecy głos. Wytłumaczyłem, że jestem niezdarny i gruby.
*”Przyjdź jutro o 19:00″* – odpowiedziała bez drwiny.
To była Laura. Nie była chuda, jak myślałem, i wydawała się starsza. *”Wygląd nie ma znaczenia. Liczy się chęć.”*
Tańczyliśmy. Wciąż nadepnąłem jej na stopę, ale udawała, że nie widzi. *”Łapiesz w locie!”* – chwaliła.
Po trzech tygodniach spodnie zaczęły na mnie wisieć. Kupiłem nowe, wymieniłem okulary na soczewki. Laura pomogła wybrać buty.
*”Dasz radę oczarować tę swoją dziewczynę”* – powiedziała, ale jej wzrok zasmucił się na moment.
Na wiosennej imprezie Zosia podeszła: *”Zmieniłeś się. Pamiętam obietnicę.”*
Tańczyliśmy walca. Wszyscy patrzyli, gdy prowadziłem ją po parkiecie, a na koniec odchyliłem ją w tył. Brawa!
Ale gdy tylko zaczęła się szybka muzyka, Kacper znów ją porwał. Wyszedłem. Nie do domu – do Laury.
Światło w sali jeszcze się paliło. *”Udało ci się?”* – spytała.
*”Tak. Wszyscy byli zaskoczeni.”*
*”A Zosia?”*
*”Dwa razy stanęła mi na nodze. To nie ona… to ty nauczyłaś mnie tańczyć.”*
Pocałowałem ją.
*”Jestem starsza…”*
*”Wiek nie ma znaczenia. Zostaniesz moją żoną? Zorganizuję ci uczniów. Będzie ich mnóstwo.”*
Następnie napisałem w mediach, jak taniec zmienił moje życie. Laura dostała nowych kursantów. A ja zrozumiałem, że nie warto gonić za szczęściem – ono znajdzie nas samo.



