Koniec września był ciepły i suchy. Wkrótce miało nadejść ochłodzenie, a wraz z nim – przejmujące deszcze. Jesienna pogoda bywa kapryśna. „Trzeba koniecznie zajrzeć na działkę, bo jak zaczną padać, droga rozmięknie i nie da się tam dostać aż do mrozów” – westchnęła Weronika i po raz kolejny wybrała numer męża.
– Weroniko Władimirowna, mogę wyjść godzinę wcześniej? Mama poprosiła, żebym ją zawiozła na działkę. – Księgowa Agnieszka uniosła brwi w kształcie domku i patrzyła na szefową błagalnie.
– Ja też chętnie bym wyszła. Dobrze, ale w poniedziałek masz być w pracy na czas. I żadnych zwolnień. Rozumiesz? Bo więcej nie puszczę – powiedziała Weronika z udawaną surowością.
– Dziękuję bardzo, Weroniko Władimirowna. Będę na czas, obiecuję. – Brwi Agnieszki natychmiast się wypogodziły, oczy zabłysły, podbiegła do szafy, chwyciła kurtkę i wyślizgnęła się z gabinetu.
„No proszę, przyszła się zwolnić, a już komputer wyłączony i torebka przy boku. Spryciara. Wiedziała, że się zgodzę. Ale gdzie jest Krzysztof?” – Weronika znów wybrała jego numer, znów usłyszała bezduszny głos: „Telefon jest wyłączony lub poza zasięgiem”. – No nic, jutro się nie wykręci, pojedzie na działkę jak słodki. Mama niedługo ma urodziny, trzeba przywieźć ziemniaki, słoiki z przetworami…
Odłożyła telefon, poruszyła myszką, by obudzić uśpiony komputer, i zagłębiła się w tabelkę na ekranie.
Gdy zadzwonił telefon, ucieszyła się tak bardzo, że odebrała od razu, nawet nie patrząc na wyświetlacz.
– Krzysiu, dlaczego wyłączyłeś telefon? Cały dzień do ciebie dzwoniłam…
– Przepraszam, to nadkomisarz… Nowak – przerwał jej obcy męski głos.
Było to tak niespodziewane, a nazwisko Nowak tak ją zdezorientowało, że pomyślała, iż się przesłyszała.
– Krzysiu, gdzie jesteś? – zapytała ostrożnie.
– Czy jest pani żoną Krzysztofa Mariusza Kowalskiego? Jak mam się do pani zwracać? – spytał mężczyzna.
– Weronika Władimirowna… – Weronika zakrztusiła się i zaczęła kaszleć. – Może po prostu Weronika. A gdzie Krzysztof? – Serce już waliło jak młot, wyczuwając coś złego.
– Czy mogłaby pani przyjechać do Szpitala Miejskiego nr 4? Będę czekał w izbie przyjęć – powiedział mężczyzna.
– P-po co do szpitala? Co się stało Krzysztofowi? – krzyknęła Weronika do słuchawki.
– Czekam na panią – powiedział mężczyzna i połączenie się urwało.
Weronika wybrała nieznany numer, z którego dzwoniono, ale był już zajęty. Drżącymi palcami wodziła myszką po ekranie, chybiała i nie mogła zamknąć pliku. W końcu wyłączyła komputer, chwyciła torebkę, zerwała z wieszaka płaszcz i wybiegła z gabinetu.
W głowie roiły się coraz straszniejsze obrazy: mąż miał wypadek, po operacji leży w śpiączce, albo już… „Nie, żyje, bo inaczej wezwano by mnie nie do szpitala, a do kostnicy. Oczywiście, że żyje” – przekonywała siebie.
Weronika nie mogła się zorientować, którym autobusem dojechać do szpitala, więc wystawiła rękę, stojąc jedną nogą na jezdni. Udało jej się złapać taksówkę, a dziesięć minut później biegła już po szpitalnym dziedzińcu do głównego budynku, spięta do granic możliwości.
– Jestem żoną Krzysztofa Kowalskiego… – wykrztusiła, wchodząc do izby przyjęć.
Sprzed biurka podniósł się wysoki mężczyzna po czterdziestce i podszedł do niej. Przedstawił się ponownie, ale Weronika traciła cierpliwość i nie słuchała. Po co on się przeciąga? Po co jej jego imię, skoro powinna zobaczyć męża, upewnić się, że żyje, być przy nim.
– Chodźmy – powiedział w końcu mężczyzna, wskazując ręką na wyjście.
Weronika wyszła na zewnątrz, nic nie rozumiejąc. Czy do każdego oddziału nie wchodzi się przez izbę przyjęć? Tymczasem mężczyzna obszedł budynek i skierował się ku długiemu, parterowemu budynkowi z czerwonej cegły stojącemu za głównym gmachem szpitala. Przy drzwiach zatrzymał się i odwrócił do Weroniki.
– Przepraszam, że nie powiedziałem od razu. Ludzie różnie reagują…
Wtedy Weronika przeniosła wzrok na niebieską tabliczkę przy wejściu: „Zakład Medycyny Sądowej”. Zachwiała się, ale silna dłoń chwyciła ją za łokieć, nie pozwalając upaść.
– Nie żyje? – spytała nagle ochrypłym głosem. – Cały dzień do niego dzwoniłam, chciałam pojechać na działkę, a jego telefon był wyłączony.
– Tak, dzięki jego telefonowi panią znaleźliśmy. Niech pani usiądzie. – Nowak poprowadził Weronikę do drewnianej ławki, a ona opadła na nią. Nogi odmówiły posłuszeństwa.
– Dzwoniłam, a on już…
– Widzi pani, pani mąż dziś nie był w pracy – delikatnie powiedział śledczy.
– To niemożliwe. Przecież ma kontrolę, sam mi mówił. – Weronika nie pytała, rozmyślała na głos.
– Sąsiad z działki od rana zauważył samochód na państwa działce. Zdziwił się, że przyjechaliście w tygodniu. W południe postanowił zajrzeć na pogawędkę, ale nikt mu nie otworzył. Na dzwonek pani mąż też nie zareagował. Nie miał pani numeru. Poczekał jeszcze trochę i wezwał policję. Sami wiecie, na działkach czasem włóczą się włóczędzy.
– Został zabity? – Weronika już nic nie rozumiała.
– Nie, nie ma śladów przemocy. Według wstępnej opinii lekarza pani mąż zatruł się czadem.
– Chwileczkę, wujek Zbyszek pomyślał, że przyjechaliśmy razem. Czyli widział z mężem kobietę? – Weronika patrzyła na nadkomisarza z dezorientacją.
– Tak. Była z pani mężem. Marta Anna Wilk. Zna pani to nazwisko?
Weronika zamknęła oczy i zaczęła kręcić głową.
– To niemożliwe.
Wszystko było gorsze, niż myślała. Byli razem dwadzieścia jeden lat. W listopadzie mieliby rocznicę ślubu. Gdy znajomi i przyKiedy Weronika spojrzała w oczy nadkomisarza Nowaka, uświadomiła sobie nagle, że nawet wśród pogorzelisk życia można znaleźć iskrę, która oświetla nową drogę.



