**Podróż nad morze**
W wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat Jan Marek Kowalski został wdowcem. Córka zaraz po pogrzebie matki zaproponowała mu, by zamieszkał z nią.
— Tato, jedź z nami. Jak ty tu sam zostaniesz? To będzie ciężkie. Choć na jakiś czas przyjedź. Otrząśniesz się…
— Dziękuję, córeczko, ale nie pojadę. Nie martw się o mnie. Nie jestem niedołężnym starcem, dam sobie radę. Co ja tam u waszą robił? Lepiej ty zostań u mnie dłużej — powiedział Jan Marek, patrząc na córkę z nadzieją.
— Tato, tam Wojtek i Adam są sami. Wojtek ma trudny okres dojrzewania, Adam pracę… Muszę jechać — odpowiedziała zawstydzona Wioletta, obejmując ojca.
— Rozumiem — Jan Marek poklepał córkę po ręce.
— Tato, jeśli coś będzie ci potrzebne, od razu dzwoń. Obiecujesz?
— Co mi samemu będzie trzeba? Gotować umiem, pranie robi pralka, podłogę umyję. Kiedy Elżunia chorowała, wszystkiego się nauczyłem. Ona tylko podpowiadała. A może u mnie brudno? — W głosie Jana Mareka zabrzmiała uraza.
— Ależ nie, tato, jest bardzo czysto. Nie gniewaj się, po prostu się o ciebie martwię — Wioletta przytuliła się do jego ramienia.
— Nie zacznę pić z żalu. Za młodu wódką się nie bawiłem, a teraz już za późno zaczynać. Jedź spokojnie.
Tak się rozstali. Jan Marek spakował córce jedzenie na drogę. Wioletta podniosła ciężką torbę.
— Tato, po co t tyle? U nas wszystko jest.
— Spróbowałabyś odmówić matce. Bierz, nie zaszkodzi. Pociąg zawiezie, a tam Adam cię spotka — burknął bez żalu.
Na dworzec dotarli tuż przed odjazdem pociągu. Konduktorka sprawdziła bilet i kazała wsiadać, bo skład za minutę rusza.
Wioletta ostatni raz przytuliła ojca, pocałowała go w szczeciniasty policzek. Nerwowo zabrała torbę z jego ręki, ukrywając łzy. Wbieżła do wagonu. Gdy konduktorka zamykała drzwi, machała ojcu i uśmiechała się przez łzy.
Jan Marek długo patrzył, jak pociąg znika w oddali, stając się ledwie punktem. Serce ściskał ból. I tak został sam. Dopóki córka była przy nim, trzymał fason, teraz pozwolił łzom płynąć. Wokół słychać było śmiechy, głosy, ludzie się spieszyli, a on szedł do przystanku jak przez pustynię, nic nie widząc.
„Elżuniu, jak ja teraz bez ciebie żyć? Może powinienem jechać z Wiolą?” Gdy dotarł do przystanku, postanowił wrócić do domu pieszo, odwlekając moment powrotu do pustego mieszkania.
Powoli szedł zakurzonymi ulicami, wspominając, jak poznał Elżunię…
***
Od szkoły Jurek był zakochany w Ali, drobnej dziewczynie z mnóstwem złocistych piegów i rudymi włosami. Piegów nie traciła nawet zimą, tylko bladło. Jurek nazywał ją swoim słoneczkiem.
W maturalnej klasie ojciec Ali zachorował na gruźlicę. Lekarze radzili wyprowadzkę z wilgotnej środkowej Polski w cieplejsze rejony. Rodzice Ali szybko sprzedali mieszkanie i wyjechali na południe, nad Bałtyk. Kupili tam dom.
Na początku pisali do siebie często. Gdy tylko matka wchodziła do pokoju, Jurek patrzył w okno lub pisał list. W każdym obiecywał Ali, że następnego lata na pewno przyjedzie. Matka krzyczała, że zamiast uczycz się na studia, zajmuje się głupotami. Jurek ledwie ją słyszał — myślami był już tam, z Alą.
Po pierwszym roku Jurek pojechał na obóz przystosowawym, by zarobić na podróż bez proszenia rodziców o pieniądze. Wrócił w połowie sierpnia wychudzony i opalony, oznajmiając od progu, że jedzie nad morze, do Ali.
Matka przyjęła to z wrogością.
— Nie puszczę cię samego. Napisz najpierw, uprzedź, zapytaj jej rodziców o zgodę. Wpadniesz jak śnieg na głowę. Rok minął, wiele się mogło zmienić.
Telefonów komórkowych jeszcze nie było, a stacjonarne mieli nieliczni, szczególnienie w domach prywatnych. Jurek musiał znów pisać list, niecierpliwie czekać na odpowiedź, żałując, że nie napisał wcześniej i stracił tyle czasu.
Gdy odpowiedź przyszła, okazało się, że zdobyć bilet na pociąg było prawie niemożliwe, nie mówiąc o powrotnym. Wszyscy jakby się zmówili, by spędzić resztę lata nad morzem. I tak Jurek nie pojechał tamtego lata do Ali.
Urażony na rodziców i cały świat, napisał jej, że następnego lata zadba o bilety wcześniej i na pewno przyjedzie, że mają przed sobą całe życie…
Ala nie odpowiedziała. Jurek cierpiał, opryskiwał się na rodziców, pisał list za listem, ale odpowiedzi nie dostał.
W deszczowy jesienny poranek Jurek biegł na przystanek i wpadł na dziewczynę. Z zaskoczenia upadła jej torba prosto w kałużę. Na zajęcia tego dnia nie dotarł.
Siedzieli w kawiarni i rozmawiali. Z Elą było tak, jakby znał ją od zawsze. Ona też się uczyła, tylko w szkole medycznej. Jej torba i podręczniki suszyły się na kaloryferze przy oknie.
— Nic ważnego przez mnie nie przegapisz? — otrząsnął się Jurek.
— Egzamin z anatomii. Wykładowca surowy, i tak bym nie zdała — odparła lekko Ela.
Jurka urzekły jej czarne oczy. Patrząc w nie, widziałby tylko otchłań. Przez jakiś czas myślał jeszcze o Ali, ale była wtedy daleko, a nowa miłość — tuż obok.
Matce Ela natychmiast się spodobała. Skromna, poważna, a zawód odpowiedni. Nie bała się oddać jedynego syna pod jej opiekę. Ich miłość była spokojna i równa, jak ona. W tym samym czasie skończyli studia i zaraz się pobrali. Rok później Ela urodziła córeczkę.
Ala czasem śniła się Jurkowi. Budził się zaniepokojony, rozgrzany, ale szybko się uspokajał. Obok była Ela i Wioletta. Zrozumiał, że pewnie i Ala ma już rodzinę. Nie było powodu do żalu. Co się stało, to się stało.
***
Wróciwszy do domu, Jan Marek postanowił nie poddawać się smutkowi. Zajął się sprzątaniem: zdjął czarne zasłony z luster, wyprał pościel, na której spała córka, otworzył na ostateczność okna i umył podłogi. Do czystego mieszkania wpadał głos miasta, i już nie wydawałoJan Marek zamknął oczy, uśmiechał się do wspomnień, a ciepły wiatr znad morza niespodziewanie przyniósł mu zapach soli i piasku, jakby Elżunia szeptała mu, że już czas się spotkać.



