Między nami przepaść…
Joanna po rozwodzie z mężem długo nie mogła dojść do siebie. Przeczuwała, że zdradza, ale i tak nie była gotowa na prawdę. Była rodzina, ustabilizowane życie z marzeniami i planami… Nic nie zostało. Marcin po prostu wyszedł z domu, z jej życia.
Lato zbliżało się ku końcu, a Joanna nic wokół siebie nie zauważała: ani słońca, ani gwaru miasta, ani tęczy po deszczu. Pewnej nocy, dusząc się w upale i bezskutecznie próbując zasnąć, nagle zrozumiała, że nie może tak dalej. Marcin jest szczęśliwy, a ona nie żyje, tylko powoli umiera.
„Tu wszystko przypomina o nim, o nas. A nas już nie ma. Muszę po prostu wyjechać, choćby na chwilę. Tylko nie na południe, nie za granicę, gdzie tłumy i pośpiech. Trzeba pojechać w ciszę, na wieś. Tam przecież jest dom! Dom babci. Wszyscy pochodzimy ze wsi. To nasze miejsce mocy. Dlaczego ta myśl nie przyszła mi wcześniej do głowy?” – Joanna nawet usiadła na łóżku. Wilgotna koszula przykleiła się do pleców.
Babia zmarła trzy lata temu. Przedtem długo chorowała. Wszystko zmierzało ku końcowi. Ale Marcin namówił ją na wyjazd do Włoch. „Przez dziesięć dni nic się nie stanie” – mówił. Wieść o śmierci babci zastała ich w Neapolu. „Nic już nie pomożemy. Zmiana biletów to problem. Wrócimy, odwiedzimy grób, wspomnimy…” I znów go posłuchała. Jak zawsze.
Mama miała męża z willą – duży dom z działką niedaleko miasta. Chciała sprzedać dom babci, ale ciągle zwlekała.
Kiedyś, w dzieciństwie, Joanna spędzała u babci każde wakacje. Gdy tylko poszła na studia, przestała przyjeżdżać na wieś. I na grób babci nie zajrzała, teraz już nawet nie pamiętała dlaczego.
Z niecierpliwości aż swędziały ją dłonie. Joanna wzięła telefon, chciała zadzwonić do mamy, spytać o klucze. Ale gdy zobaczyła na ekranie godzinę, zrozumiała, że jest środek nocy, wszyscy śpią. Odłożyła telefon i opadła na poduszkę. Już wiedziała, co zrobić, jak wyrwać się z tej otchłani bólu i żalu. Zaczęła myśleć, jak jutro spakuje rzeczy, jak przywita ją dom… I niepostrzeżenie zasnęła.
Rano wstała lekko i od razu zadzwoniła do mamy, pytając o klucze.
„No nareszcie, zaczynasz myśleć o czymś innym niż twój Marcin. Świat się na nim nie kończy…” – mama znów wróciła do starego tematu.
„Mamo, nie teraz. Słowa pocieszenia nie działają. Znajdź te klucze.”
„A czego ich szukać? Leżą w szufladzie, w przedpokoju. Przyjedź, choć na chwilę. Dom stoi w porządku. W maju spotkałam ciocię Halinę. Mówiłam ci? Nie? Bo ty i tak nie słuchałaś… W każdym razie przyjechała na ślub wnuczki. Mówiła, że dom jest cały. Pytała, czy sprzedamy. Jej nowy zięć chętnie by kupił. Podobała mu się wieś. Może pojedziemy razem?” – mama jak zwykle skakała z tematu na temat.
„Nie. Ja sama. Proszę. Po klucze wpadnę po pracy.”
Cały dzień Joanna myślała o wyjeździe na wieś. Dyrektorka agencji, w której pracowała, sama rozwiedziona, wysłuchała jej argumentów. Że próbowała wypełnić pustkę pracą, ale nie wyszło. Chce wyjechać na jakiś czas. Sezon urlopowy, mało zamówień, dadzą sobie radę. Dyrektorka niezadowolona, ale się zgodziła.
Wieczorem Joanna wpadła po klucze, potem pakowała rzeczy. Nie wzięła wiele, tylko to, co niezbędne. Co jeśli tam też nie ucieknie od siebie, od bólu, i zechce wrócić już następnego dnia?
O dziwo, spała mocno. Rano obudziła się wcześnie, wypiła kawę, sprawdziła, czy wszędzie wyłączyła światło i gaz, wzięła torbę i wyszła z mieszkania.
Miasto jeszcze spało. Nad dachami pojawiły się pierwsze promienie słońca. Z podekscytowania nuciła pod nosem hity z radia.
Choć dawno nie była na wsi, drogi nie zapomniała. Dom stał na miejscu. Nawet trawę ktoś skosił. Joanna wysiadła z samochodu i zanurzyła się w ciszę. Dźwięki oczywiście były – świerszcze cykały, ptaki śpiewały, koguty budziły leniwych letników. U sąsiadów brzęczał łańcuch psa. Ale w porównaniu z miejskim hałasem, na wsi panowała przejmująca cisza.
W domu było wilgotno i mrocznie od zasuniętych zasłon. Joanna zabroniła sobie żałować przyjazdu, wzięła się do pracy. Przyniosła wody ze studni, umyła podłogę, choć brudu nie było. Przytargała drewno na ogień. Gdy w piecu wesoło zatrzeszczał ogień, poczuła się jak zwyciężczyni.
Przez podwórko przechodzili wieśniacy, przyglądali się samochodowi, zaglądali w okna, ale nie wchodzili – taki już zwyczaj.
W domu zrobiło się gorąco. Joanna rozłożyła na łóżku koc, ułożyła poduszki przy piecu, żeby szybciej wyschły. Nie wynosiła na słońce – zbyt wiele ciekawskich oczu. Poszła nad rzeczkę, która płynęła tuż za wsią. ZdejmNagle usłyszała za sobą znajomy śmiech – to był Jakub, jej pierwsza miłość, który stał na brzegu z koszem pełnym grzybów, patrząc na nią tak, jakby czas się zatrzymał.



