Weroniko, wybacz…
Stanisław otworzył jedno oko i natychmiast przymrużył je z powrotem. Niskie marcowe słońce celowało w niego bezwzględnym promieniem przez okno, rażąc go prosto w twarz. Przekręcił się na pogniecionej pościeli, próbując uciec przed światłem.
— Obudziłeś się, Heroldzie? — rozległ się głos żony. — Otwórz te bezwstydne oczy, chcę w nie spojrzeć. U innych mężczyźni jak mężczyźni, prezenty noszą, kwiaty żonom wręczają. A ty wczoraj upiłeś się do nieprzytomności. Pamiętasz w ogóle, że dziś święto?
Stanisław odsunął się pod samą ścianę i w końcu zdołał otworzyć oczy. W wąskich szparach między powiekami, przypominających strzelnice, ujrzał Weronicę. Stała z groźnie złożonymi na biodrach rękami.
— J-jakie święto? — zapytał szczerze zaskoczony.
— Ósmy marca, jeśli ci to coś mówi. Dzień Kobiet. To ja powinnam świętować, a ty się zalewasz. Oczyby moje na ciebie nie patrzyły. I nie wstyd? Myślałam, że posiedzimy razem, wypijemy. Córka przyniosła mi dobrego wina. Schowałam specjalnie na tę okazję. A ty, pasożycie, znalazłeś i wypiłeś sam. Dla ciebie wódka to za mało?
Zanim Stanisław zdążył się osłonić, klapiec, rzucony wprawną ręką żony, uderzył go mocno w czoło.
— Masz…
Pod drugim klapcem ukrył się już pod kołdrą. Dobrze, że była tylko para. Wystawił nos z kryjówki.
— Weroniko, wybacz. Przysięgam, naprawię to — Stanisław beknął i spróbował wstać, ale zaplątał się w poszewkę.
Żona machnęła na niego ręką i zniknęła w kuchni. Stamtąd dobiegł dźwięk tłuczonych naczyń. Kiedy zaczynała tak hałasować, oznaczało to, że jest wściekła i kłótnia potrwa długo.
Stanisław postanowił nie wystawiać się na gniew i uciec z domu, by uniknąć kolejnych problemów. Bokiem przemknął koło kuchni do łazienki. Chlusnął sobie w twarz zimną wodą, uwolnił kubek od szczoteczek do zębów, napełnił go i chciwie wypił. Mokrą dłonią przygładził przerzedzone włosy. Weronika wciąż grzmiała garnkami.
Cichaczem wrócił do pokoju, ubrał się i wyszedł do przedpokoju. Próbując włożyć buty, stracił równowagę i ledwo nie upadł. Na hałas z kuchni wyjrzała Weronika.
— Gdzie się wybierasz, alkoholiku?
— Weroniko, zaraz wrócę… Szybko… — Stanisław zerwał z wieszaka kurtkę i tyłem cofnął się do drzwi.
— Stój! — rozkazała Weronika i ruszyła w jego stronę z impetem, ale on już wymknął się na klatkę i zatrzasnął drzwi przed nosem żony.
— Tylko spróbuj wrócić, ja ci… — dobiegło go zza drzwi.
Stanisław nie czekał na resztę i zbiegł po schodach na dół.
Na zewnątrz świeciło słońce, z rynien kapało, a w niektórych miejscach spod topniejącego śniegu wyłaniał się wyboisty asfalt. Co chwila mijał mężczyzn z żółtymi gałązkami mimoz lub kolorowymi tulipanami w rękach.
— Szanowny panie, nie powie pan, która godzina? — zapytał Stanisław przechodnia z puszystą mimozą.
— Czas na kaca — rzucił mężczyzna przez ramię.
— Szkoda, że nie teraz — mruknął Stanisław i ruszył dalej.
Właściwie chciał zapytać, gdzie kupił kwiaty, ale jakoś wyszło mu inaczej.
— Chłopcze, gdzie kupiłeś te kwiatki? — zwrócił się do młodego chłopaka.
— Tam. — Młodzieniec machnął ręką za siebie.
— Ach, tak — mruknął Stanisław i poszedł w wskazanym kierunku.
Wkrótce zobaczył kobietę stojącą przy przejściu dla pieszych. U jej nóg stało pudełko, z którego wystawały puszyste gałązki mimoz.
Przyspieszył kroku. Bardzo chciał kupić kwiaty, aby udobruchać Weronikę, a jeśli będzie mieć szczęście — dostać upragnione sto gramów na święto. Ale gdy podszedł, na dnie pudełka leżała już tylko jedna mała, zwiędła gałązka.
— Bierz, panie, oddam z rabatem — powiedziała kobieta, patrząc na niego bystrym wzrokiem.
— Chciałbym bukiet. Dla żony. Nic więcej nie ma?
— Nie ma — przedrzeźniła go. — Chcesz, poczekaj. Zaraz zadzwonię, przywiozą więcej.
Stanisław pomyślał, że taką gałązką mógłby tylko obrazić Weronikę. Potok mężczyzn z kwiatami nie ustawał, więc gdzieś jeszcze musiały być dostępne. Ruszył więc dalej. Po drodze przyszło mu do głowy, że powinien sprawdzić kieszenie. Nie pamiętał, czy ma przy sobie pieniądze, a Weronika mogła mu je zabrać, żeby więcej nie pił.
Zatrzymał się i przeszukał kieszenie. Znalazł zmiętą stuzłotówkę. Nie miał pojęcia, ile mogą kosztować kwiaty. Przed samochodem stała grupka ludzi. Gdy usłyszał cenę bukietu tulipanów, zrobiło mu się smutno.
— Jeden chcesz? — zapytał go brodaty sprzedawca z kresowym akcentem.
— Mam tylko to. — Stanisław pokazał pomięty banknot.
— Ech, za te pieniądze dam ci tylko jednego kwiatka. Chcesz?
Stanisław uznał, że jeden tulipan, podobnie jak zwiędła mimozowa gałązka, nie zmyje jego winy wobec Weroniki, i odszedł.
Zaczął intensywnie myśleć, od kogo mógłby pożyczyć pieniądze. „Przecież Leszek winien mi pięćset złotych! Niech zwraca dług” — zdecydował i ruszył w stronę domu Leszka. W zasadzie pili razem, ale na jego pieniądze, więc tak czy inaczej, Leszek był mu winien.
— Kto tam? — zapytała zza drzwi Zosia, żona Leszka.
Kobieta była nieznośna i trzymała męża krótko. Gdy tylko udało mu się wyrwać, odreagowywał z nawiązką. Leszek nazywał ją za plecami Jędzą.
Stanisław przedstawił się, nachylając się do dziurki od klucza.
— Czego chcesz? — spytała Zosia.
— Zawołaj Leszka. Winien mi pięćset złotych. Potrzebuję ich pilnie.
Przyłożył ucho do dziurkiStanisław odwrócił się i zobaczył w oddali małą kwiaciarkę, która właśnie wyciągała z samochodu świeży zapas róż, więc nabrawszy otuchy, ruszył w jej stronę z nadzieją, że tym razem los się do niego uśmiechnie.



