Krysia, wybacz…
Wojciech otworzył jedno oko i natychmiast przymknął je z powrotem. Niskie marcowe słońce celowało w niego bezlitosnym promieniem przez okno, rażąc prosto w twarz. Przeczołgał się po zmiętym łóżku, próbując uciec przed światłem.
– Obudziłeś się, pijaku? – rozległ się głos żony. – Otwórz te swoje bezwstydne ślepie, chcę w nie spojrzeć. U innych facet to facet, prezenty noszą, kwiaty żonom kupują. A ty wczoraj upiłeś się jak świnia. Pamiętasz w ogóle, że dziś święto?
Wojciech odsunął się pod samą ścianę i w końcu otworzył oczy. Przez wąskie szpary powiek, przypominające strzelnice, zobaczył Krysię. Stała z rękami opartymi na biodrach, groźnie marszcząc brwi.
– J-jakie święto? – искренне zdziwił się.
– Dzień Kobiet, a jak myślisz? To ja powinnam świętować, a ty się zalewasz. Oczy bolą patrzeć. I nie wstyd? Myślałam, że posiedzimy razem, coś wypijemy. Córka mi dobre wino przyniosła. Schowałam specjalnie na tę okazję. A ty, darmozjadzie, znalazłeś i wypiłeś sam jak świnia. Ciebie wódka nie syci?
Nim Wojciech zdążył się zasłonić, kapciem rzuconym z precyzją trafiła go prosto w czoło.
– Masz!…
Przed drugim kapciem zdążył schować się pod kołdrą. Dobrze, że para była tylko jedna. Wystawił nos z kryjówki.
– Krysiu, wybacz. Przysięgam, wszystko naprawię – Wojciech beknął i chciał wstać, ale zaplątał się w poszewkę.
Żona machnęła na niego ręką i zniknęła w kuchni. Rozległ się brzęk garnków. Gdy zaczynała tak hałasować, oznaczało to, że jest wściekła i kłótnia potrwa długo.
Wojciech postanowił nie leźć wilkowi w gardło i wynieść się z domu, póki gorąco. Przemknął bokiem obok kuchni do łazienki. Plusnął sobie zimną wodą z kranu w twarz, oczyścił kubek z pasty i szczoteczek, nalał wody i chciwie wypił. Mokrą dłonią przygładził przerzedzone włosy. Krysia wciąż brzęczała naczyniami.
Cicho wślizgnął się z powrotem do pokoju, ubrał się i wyszedł do przedpokoju. Zakładając buty, stracił równowagę i omal nie upadł. Na hałas z kuchni wyjrzała Krysia.
– Gdzie się wybierasz, alkoholiku?
– Krysiu, ja tylko… Szybko wrócę… – Wojciech zerwał kurtkę z wieszaka i tyłem cofał się do drzwi.
– Stój! – krzyknęła Krysia i ruszyła w jego stronę z wypiętą piersią, ale on już się wysmyknął, zatrzaskując drzwi przed nosem.
– Tylko wróć do domu, ja ci pokażę… – dobiegło zza drzwi.
Wojciech nie czekał na resztę groźby i pośpiesznie zbiegł po schodach.
Na zewnątrz świeciło słońce, z rynien kapało, a spod topniejącego śniegu wyłaniał się wyboisty asfalt. Mijali go mężczyźni z żółtymi gałązkami mimoz lub kolorowymi tulipanami w rękach.
– Panie, nie powie pan, która godzina? – zapytał Wojciech przechodnia z puszystą mimozą.
– Czas na kaca – rzucił przez ramię mężczyzna.
– Też mi coś… – mruknął Wojciech i powlókł się dalej.
Tak naprawdę chciał zapytać, gdzie można kupić kwiaty, ale jakoś wyrwało mu się o czasie.
– Chłopcze, gdzie te kwiaty kupiłeś? – zagadnął młodego chłopaka.
– Tam. – Machnął ręką za siebie.
– Aha – mruknął Wojciech i ruszył w wskazanym kierunku.
Wkrótce zobaczył kobietę stojącą przy światłach. Przy jej nogach stała kartonowa skrzynka, z której wyglądały puszyste główki mimoz.
Przyśpieszył. Chciał kupić kwiaty, żeby udobruchać Krysię, a jeśli szczęście dopisze – dostać upragnione sto gramów na święto. Ale gdy podszedł, na dnie leżała tylko jedna wątła gałązka.
– Weźcie, panie, oddam tanio – powiedziała kobieta, patrząc na niego bystrym wzrokiem.
– Chciałbym bukiet. Dla żony. Więcej nie ma?
– Nie ma – przedrzeźniła go. – Jak chcecie, poczekajcie. Zaraz zadzwonię, przywiozą więcej.
Wojciech pomyślał, że takim badylem tylko Krysię obrazi. Mężczyźni z kwiatami wciąż szli ulicą, więc gdzieś musiały być jeszcze kwiaciarnie. Ruszył dalej. Po drodze przyszło mu do głowy sprawdzić kieszenie. Nie pamiętał, czy ma przy sobie pieniądze. A Krysia mogła mu je zabrać, żeby nie pił.
Stanął i przeszukał kieszenie. Znalazł pomiętego stówkę. Nie miał pojęcia, ile mogą kosztować kwiaty. Przed samochodem stała grupka mężczyzn. Gdy usłyszał cenę bukietu tulipanów, zrobiło mu się smutno.
– Dla ciebie jeden? – zapytał brodaty sprzedawca z wschodnim akcentem.
– Mam tylko to. – Pokazał zmiętą stówkę.
– Ech, za te pieniądze dam ci jeden kwiat. Chcesz?
Wojciech uznał, że jeden tulipan, tak jak wątła mimozowa gałązka, nie zatrze jego winy. Odszedł.
Przeciął mózg, próbując przypomnieć sobie, od kogo mógłby pożyczyć. „Paweł winien mi pięć stówek! Niech zwraca!” – pomyślał i powlókł się do domu Pawła. Pili razem, ale na jego koszt, więc tak czy siak – Paweł był dłużnikiem.
– Kto tam? – zapytała zza drzwi Ela, żona Pawła.
Kobieta była nieznośna i trzymała męża krótko. Gdy temu udawało się wyrwać, odreagowywał na całego. Paweł nazywał ją po cichu Jędzą.
Wojciech przycisnął się do dziurki od klucza i przedstawił.
– Czego chcesz? – spytała Ela.
– Pawła zawołaj. Należy mi pięć stówek. Potrzebuję teraz.
Przytknął ucho do drzwi, ale Ela milczała. Pewnie przetrawiała informację.
– Zaraz ci dam, ale nie uniesiesz! – wrzasnęła w końcu.
Wojciech odskoczył. Zasunięto zamek, a w szparze pojawiła się ręka zWojciech odparł, że kwiaty to od losu znak, żeby częściej Krysię rozpieszczał, a ona przytuliła go mocno, szepcząc, że i bez nich byłby jej największym szczęściem.



