**Dziennik Poliny**
Po pracy wstąpiłam do sklepu koło domu. Stałam już przy kasie, gdy zauważyłam ciocię Wandę. Kiedyś pracowała razem z moją mamą. Zawsze, gdy ją spotkałam, zatrzymywałam się na krótką pogawędkę.
Zapłaciłam, odeszłam od kasy i czekałam na nią przy wyjściu.
— Dzień dobry — przywitałam się, gdy podeszła. — Dawno pani nie widziałam.
— Polciu, witaj. Chorowałam, nie wychodziłam z domu. Chodź, muszę ci coś powiedzieć.
Zaniepokoiłam się. Mikołaj ma szesnaście lat — trudny wiek. A trzynastoletnia Ola zaczyna się stroić i malować. Może narobiła głupot? W środku zrobiło się nieswojo. Torba z zakupami ciążyła, a rączki wbijały się w dłonie. Może wymówić się brakiem czasu, uciec od tej rozmowy? Nie zdążyłam. Ciocia Wanda zatrzymała się i szepnęła cicho, nachylając się do mojego ucha:
— Nie pomyśl źle, nie plotkuję. Mówię, bo sama widziałam. Jesteś mi bliska, przecież patrzyłam, jak dorastałaś. Twój Piotrek zagląda do tego domu naprzeciwko, do młodej kobiety. Jej okna są akurat naprzeciw moich. Gdy tylko przychodzi, od razu zasłania firanki.
Poczułam, jakby oblał mnie lodowaty wrzątek. Tego się nie spodziewałam. Od wielu rzeczy, ale nie od Piotra.
— Postanowiłam cię uprzedzić. Sama nie mogę sobie z tym poradzić. Macie dwoje dzieci. A jeśli to u niego coś poważnego? Powinnaś interweniować, porozmawiać z mężem, póki nie jest za późno.
— Tak, muszę już iść, ciociu — odparłam, odsuwając się i ruszając szybko w stronę domu. Chciałam uciec od jej współczujących spojrzeń, zapomnieć, że mieszkamy w sąsiednich blokach.
Zadyszana, długo nie trafiałam kluczem do zamka. Weszłam do mieszkania, opadłam na puf i postawiłam torbę przy nodze. Upadła, wysypując zakupy. Nawet tego nie zauważyłam, ogłuszona tym, co usłyszałam. Na hałas wyszła Ola, zaczęła zbierać rozsypane rzeczy.
— Zanieś to do kuchni, zajmę się tym za chwilę — powiedziałam, odsyłając ją.
*Jak on mógł? Ciocia Wanda widziała, inni też mogli. A dzieci? A ja niczego nie zauważyłam…*
— Mamo, jesteś chora? Wyglądasz jakoś… — zaczęła Ola.
— Idź do pokoju. Daj mi chwilę — odparłam ostro.
Córka zawahała się, ale zostawiła mnie samą.
*Dobrze, że Piotra nie ma. Mam czas ochłonąć. Gdyby był, pewnie cisnęłabym mu to w twarz od progu. Emocje to zły doradca.*
Wstałam, poszłam do kuchni, nalałam wody i piłam małymi łykami, próbując się uspokoić. Zrobiło się trochę lżej. ZabW końcu zrozumiałam, że czas leczy rany, ale na prawdziwe przebaczenie trzeba jeszcze trochę poczekać.



