**Korek**
Samochody stanęły w martwym punkcie, zwarte w długim sznurze. Ani w jedną, ani w drugą stronę od pół godziny nie było żadnego ruchu. Szyby pozamykane na głucho, bo klimatyzacja działała pełną parą. Na zewnątrz panował upał nie do zniesienia – ponad trzydzieści stopni, tak przynajmniej obiecywał hydrometeo w radiu.
Powietrze nad rozgrzanym słońcem i oponami asfaltem falowało, jakby ktoś je rozgrzewał nad płomieniem. W środku toyoty było chłodno, ale patrzenie na nieruchomy, jakby zatrzymany w kadrze obraz, zaczynało nużyć.
Klaudia odkręciła nakrętkę butelki i pociągnęła kilka łyków. Borys zauważył, że wody zostało już niecałe pół. Piła regularnie, ale ani razu nie zapytała, czy on też chce. Odrzuciłby propozycję, ostatni łyk i tak by jej oddał. Ale ona zachowywała się, jakby był niewidzialny.
—I ile to jeszcze potrwa? — warknęła Klaudia rozdrażniona.
To były jej pierwsze słowa od wyjazdu z działki. Milczenie Klaudii było gorsze niż krzyk. Wolałby, żeby wrzeszczała. Nie kłócili się, ale gdy tylko coś nawaliło, Klaudia milkła na kilka godzin, a czasem na całe dni, całą swoją postawą pokazując, że to on zawinił. Borys przyznawał się do winy, przepraszał, słuchał monotonnego wywodu, aż w końcu się godzili.
—Co tak siedzisz? Zrób coś! — rzuciła mu prosto w twarz, jakby to on był odpowiedzialny za korek na obwodnicy.
Tym razem on milczał. Nie wiedział, co powiedzieć ani zrobić.
—I po co w ogóle jechaliśmy na tę głupią działkę? Ty to jeszcze, ale ja? Żeby siedzieć po drugiej stronie płotu, gdy ty romansujesz z córeczką? Lepiej bym się przeszła po galerii. Albo poszła z Anią na lody. — Klaudia prychnęła nosem.
—No i proszę, nos mi się zatkał. Jakby mi jeszcze brakowało przeziębienia od tej klimy — jęknęła.
Borys wyłączył klimatyzację.
—No bez jaj! W tej spiekocie auto w minutę zmieni się w piekarnik. Chcesz, żebyśmy się tu ugotowali? — oburzyła się.
Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek mówiła tak dużo. To go zaskoczyło i zaniepokoiło. Ale nie odezwał się, tylko włączył klimatyzację z powrotem. Tymczasem między samochodami przechodził mężczyzna. Nie doszedł do toyoty Borysa, tylko wsiadł do auta w sąsiednim rzędzie.
—Widziałeś? Szedł tam. Może wie, o co chodzi z tym korkiem? — domyśliła się Klaudia.
—Może — zgodził się Borys.
—No to czego siedzisz? Idź, dowiedz się — rzuciła, nawet na niego nie patrząc.
—Co mam się dowiedzieć? Korek może ciągnąć się kilometrami. Myślisz, że on zdążył tam dojść i wrócić w pół godziny? Wątpię. — Spojrzał na nią i od razu poczuł się winny.
—No ale przecież nie staniemy tu na zawsze. W końcu ruszymy. Wszyscy siedzą spokojnie i czekają. To obwodnica, a nie jakaś boczna droga. Pół Warszawy tu stoi. — Urwał. Klaudia też milczała, wpatrzona przed siebie.
—Dobra. — Borys wysiadł z samochodu.
Rozejrzał się. Tyle samo aut z tyłu, co z przodu. Chyba ten facet wsiadł do czerwonego opla. Zapukał w szybę, a ta opadła o połowę.
—Przepraszam, pan tam szedł? Wie pan, czemu stoimy?
—Wygląda na to, że cała obwodnica stoi. Nikt nie ma pojęcia. Może wypadek albo zamach.
Nic nowego. Sam tak myślał. Na zewnątrz upał był nie do zniesienia, jak w saunie. Gdy stał przy oknie, koszula na plecach zmokła i oblepiła ciało. Wrócił do auta. W radiu leciały wiadomości. Ani słowa o korku ani o obwodnicy.
—No i? Dowiedziałeś się czegoś? — niecierpliwie spytała Klaudia.
—Nie. Wszystko stoi daleko przed nami. Może cała obwodnica. Ktoś mówił o zamachu.
—Wiedziałam. I po co ja cię w ogóle posłuchałam? — jęknęła.
Borys się z nią zgodził. Nie powinien był namawiać jej na ten wyjazd. Gdyby został z córką na działce, jak chciała, ominąłby ten korek. Wróciłby wieczorem, gdy zrobiłoby się chłodniej, a korek by się już rozładował.
A wszystko zaczęło się tak pięknie…
***
Obudził go dzwonek telefonu. Nie spojrzał, kto dzwoni, tylko od razu odebrał.
—Tato, przyjedziesz? — spytał głos Julki.
—Cześć. Zapomniałeś, że twoja córka ma dziś urodziny? — to już mówiła żona. Była żona. — Założę się, że nawet prezentu nie kupiłeś — w jej głosie było pełno pretensji.
—Nie, nie zapomniałem, właśnie wyjeżdżam — pospiesznie odpowiedział i otworzył oczy.
Słońce stało już wysoko. Odsunął słuchawkę od ucha i spojrzał na ekran — wpół do dziesiątej.
O urodzinach córki pamiętał jeszcze wczoraj wieczorem. Ale potem poszli z Klaudią i kumplami do klubu, dobrze się zabawili, i wszystko wyleciało mu z głowy.
—Tato, nie potrzebuję prezentu, tylko przyjedź, stęskniłam się! — krzyknęła w tle Julka, zanim żona rozłączyła się.
Pobrali się prawie trzynaście lat temu. Dziesięć z nich przeżyli jak pies z kotem, dręcząc się nawzajem. Nie był zakochany. Po prostu jako student obudził się po imprezie w akademiku w łóżku z ledwo znajomą dziewczyną, nawet nie pamiętał jej imienia.
A miesiąc później znalazła go na uczelni i powiedziała, że jest w ciąży. „No, nie jest najgorsza” — pomyślał i oznajmił, że się z nią ożeni. Rodzice byli w szoku, odradzali. Matka wątpiła, czy to jego dziecko, sugerowała test przed ślubem.
Zrobił go, ale dopiero po urodzeniu Julki. Nie było wątpliwości — to jego córka. Zakochał się w niej od razu, gdy wziął ją na ręce w szpitalu. Nigdy nie myślał, że to możliwe. Dlatego znosił kłótnie z żoną, jej zazdrość, ciągłe pretensje. Może znosiłby dalej, gdyby nie poznał Klaudii.
Wyniosła, zimna i przyciągająca jak grecka bogini. Nie awanturowI gdy Borys spojrzał przez okno, widząc, jak Irena wraca z weterynarza z już zdrową suczką, uświadomił sobie, że czasami najlepsze rzeczy w życiu przychodzą zupełnie przypadkiem.



