— Dziewczyno, nie powiesz mi, gdzie jest ulica Piłsudskiego? Kręcę się w kółko, nikt nie wie.
Przed Marianną stał przystojny chłopak z dużą czarną torbą przewieszoną przez ramię.
— To Twój sposób na podryw? — zapytała, podnosząc brwi.
— Jestem Krzysztof. A Ty?
— Kinga — skłamała Marianna i ruszyła dalej, ale chłopak dogonił ją.
— Naprawdę szukam tej ulicy. Kumpel zaprosił mnie na wesele, a ja kompletnie nie znam miasta.
Dopiero teraz Marianna zauważyła, że ma na sobie koszulę w kratę, luźne spodnie, a nie jakieś obcisłe rurki, jak teraz modnie. I tą starą podróżną torbę. Widać, że nie stąd.
— Idź prosto, na światłach skręć w prawo, w alejkę. To będzie ulica Piłsudskiego — powiedziała, złagodniawszy.
— Dzięki. — Krzysztof szeroko się uśmiechnął i jego twarz nagle ożyła. — Więc jednak, jak masz na imię?
— A Ty?
— Mama uwielbia Mickiewicza, więc nazwała mnie Krzysztofem. Mogło być gorzej, mogłem być Alojzym, prawda? — Zaśmiał się własnemu żartowi.
Marianna nigdy nie słyszała, żeby chłopaki potrafili się tak pięknie śmiać, szczerze, od serca.
— Nie wiem, czy moja mama czytała Mickiewicza, ale nazwała mnie Marianną. — Marianna też się zaśmiała.
— Pójdziesz ze mną jutro na to wesele? Kumpel się żeni. A ja tu nikogo nie znam. — Patrzył na nią z nadzieją.
Zaskoczyło ją to. Wydawał się… sympatyczny.
— Przepraszam, mam jutro egzamin, muszę się uczyć. — Zrobiła krok, żeby odejść.
— Daj numer, a odejdę. Jak inaczej mam Ci powiedzieć, o której jest wesele?
— A ja Ci obiecałam, że pójdę? — zdziwiła się Marianna.
— Nie, ale… Studencka legitymacja… Zgadnę: medycyna.
— Tak. Skąd wiedziałeś? — zdumiała się.
— Moja mama mówi, że najżyczliwsi ludzie to nauczyciele i lekarze. Nie odejdę, dopóki nie dostanę numeru. Pójdę za Tobą, dowiem się, gdzie mieszkasz. Przyjdę, stanę na środku podwórka i będę wołać Twoje imię.
Marianna niechętnie podyktowała numer.
— Zadzwonię! — krzyknął za nią.
Mama bardzo chciała, żeby Krzysztof poszedł na studia. Ale na darmową rekrutację zabrakło mu punktów, a na płatne ich nie stać. Krzysztof, jak większość chłopaków, wolał grać w piłkę niż wkuwać wzory.
Mieszkał z mamą w małym miasteczku, gdzie była jedna szkoła, w której mama uczyła polskiego. Jeśli ktoś miał poważny problem zdrowotny, jechał do wojewódzkiego.
Krzysztof poszedł do warsztatu samochodowego, do znajomego taty. Na studia – po wojsku. Dziewczyny go lubiły, ale żadna nie poruszyła jego serca. Tata zginął w pożarze. Był budowlańcem i właśnie skończył dom dla rodziny.
Pewnego wieczoru szedł do domu i zobaczył dym z okien drewnianego domu. Lato było gorące, pożary nie były rzadkością. Kobieta wybiegła, błagając o pomoc. Wyszła do sąsiadki, a w domu został syn…
W oknach już szalał ogień, ludzie zbiegali się, by pomóc. Drzwi były zamknięte od środka. Tata Krzysztofa wybił okno i zniknął w płomieniach. Chłopca znalazł szybko – przypadkiem trafił do jego pokoju. Ale ten już się podusił i stracił przytomność. Tata podał chłopca przez okno, ale sam nie zdążył uciec.
Okazało się, że mąż kobiety wrócił pijany. Nie zastawszy żony, zamknął drzwi i zasnął z papierosem…
Następnego dnia Krzysztof zadzwonił do Marianny. Zapytał, jak zdała egzamin, przypomniał o weselu.
Była sobota, nie musiała się uczyć, więc zgodziła się pójść. Maj był ciepły, czereśnia już opadła, a białe płatki wyglądały jak śnieg. Gdy Krzysztof zobaczył Mariannę, zamarł z zachwytu.
Po weselu odprowadził ją do domu, rozmawiali, całowali się pod klatką.
— Jutro wyjeżdżam. Przyjedź do mnie. U nas jest pięknie. Z wieży kościoła widok zapiera dech. Mamy własny dom, tata go zbudował. Rzeka dzieli miasteczko na dwie części.
Gdy tata żył, chodziliśmy razem na ryby. Nad ranem nad wodą unosi się mgła, taka cisza, że słychać plusk ryb. Łowiliśmy okonie, płocie, raz nawet szczupaka – takiego! — Krzysztof rozłożył szeroko ręce. — Nooo, trochę mniejszego. Gdy byłem w wojsku, śniło mi się nasze miasteczko. Tak chciałem wrócić…
— Czemu nie poszedłeś od razu na zaoczne? — spytała Marianna.
— Mama twierdzi, że wykształcenie ma być porządne. Ale myślę, że chciała, żebym wyjechał z miasteczka. Z pracą u nas krucho. Przyjedź po sesji. Zobaczysz, jakie piękne mamy okolice. Dwie godziny autobusem i jesteś w raju.
Nie chciało się rozstawać. Gadali by do rana, ale Krzysztof zauważył, że dziewczyna drży.
Rano, już w autobusie, wysłał SMS-a: „Tęsknię i czekam”. Marianna akurat jadła śniadanie, przeczytała i uśmiechnęła się.
— To ten wczorajszy chłopak? — spytała mama.
— Widziałaś nas?
— No jasne. Kim jest? Też student?
— Tak, studiuje na politechnice — skłamała Marianna.
Wiedziała, że mama marzyła dla niej o „kimś lepszym”. Nie ucieszyłaby się, gdyby dowiedziała się, że Krzysztof pracuje w warsztacie w małym miasteczku.
Od tego dnia godzinami rozmawiali przez telefon, gawędzili na Skypie do nocy. Pewnego weekendu Krzysztof wyrwał się do Marianny. Do miasteczka zjechali letnicy, warsztat pękał w szwach, więc wieczorem musiał wracać ostatnim autobusem.
— Obiecałaś, że przyjedziesz. Pamiętasz? Czekam — powiedział na pożegnanie.
Marianna zdała sesję i oznajmiła rodzicom, że jedzie do koleżanki.
— Nie miałaś nigdy koleżanki spoza miasta… — zauważyła mama.
— Nie miałam, a teraz mam. Tam są piękne tereny, rzeka, ryby.
— Więc na ryby jedziesz? — skomentowała mama. — CiekawaMama tylko westchnęła, bo w głębi duszy wiedziała, że córka jedzie tam, gdzie bije jej serce, i że czasem właśnie takie “bez sensu” decyzje prowadzą do największego szczęścia.



