Zadzwonię do ciebie jutro
Krzysztof leżał na plecach. W zagłębieniu pod jego obojczykiem spoczęła głowa Lidii. Jedną nogę zarzuciła na niego, dłoń przycisnęła do jego piersi, tuż nad sercem. Nasłuchiwał jej równych oddechów, rozmarzony szczęściem. *„Tak leżeć całe życie…”* – pomyślał Krzysztof i przymknął oczy.
Wzdrygnął się, jakby ktoś trącił go w bok, i obudził. Obok poruszyła się Lidia.
— Co, już czas? — zamruczała przez sen.
Krzysztof nie widział z kanapy okna, ale po ciemności w pokoju zrozumiał, że już wieczór, dawno minęła pora, by opuścić ich tymczasowe gniazdko. A tak nie chciało mu się ruszać…
Poznali się za późno, gdy oboje byli już związani obowiązkami wobec rodziny i dzieci. Żyli od spotkania do spotkania, w męczącym oczekiwaniu na te krótkie, słodkie godziny sam na sam. Krzysztof mimowolnie westchnął, a Lidia uniosła głowę.
— Już zupełnie ciemno! — zawołała, natychmiast rozbudzona, i zerwała się z łóżka.
W miejscu na piersi, gdzie przed chwilą leżała jej dłoń, zrobiło się zimno. Była tuż obok, a jednak w sercu Krzysztofa już zaczynała tęsknota i samotność.
— Wstawaj, musimy jechać. Co ja powiem mężowi?
— Prawdę. — Krzysztof odsunął prześcieradło i też wstał.
Ubierali się w pośpiechu, nie patrząc na siebie. Jemu było wszystko jedno, co go czeka w domu. Dawno pogodził się z konsekwencjami. Zmęczyło go kłamanie i ukrywanie. Ona zaś denerwowała się, że tak niemądrze przysnęli, zmarnowali bezcenny czas.
— Powiesz, że wstąpiłaś do sklepu, spotkałaś koleżankę, dawno się nie widziałyście, zagadałyście — podrzucił pomysł Krzysztof.
— On zna wszystkie moje koleżanki. Może do którejś zadzwonić. — Lidia uparcie nie patrzyła na niego.
— Wymyśl kogoś z przeszłości, ze szkoły czy studiów. Nie koleżankę, tylko dawną znajomą.
— A co ty powiesz swojej żonie? — Lidia przerwała zapinanie bluzki i wlepiła w niego wzrok.
Podszedł do niej, objął, zajrzał w oczy.
— Ona dawno mnie o nic nie pyta, domyśla się. — Krzysztof zaczął całować Lidię, a ona odprężyła się, osunęła w jego ramionach.
Ciemność gęstniała, spowijała ich niewidzialnym welonem, jakby nie chciała wypuścić.
Lidia delikatnie, ale stanowczo odsunęła Krzysztofa.
— Tak nigdy stąd nie wyjdziemy — powiedziała i zaczęła szybko zapinać guziki.
Krzysztof chciał coś powiedzieć, uspokoić ją. Setki razy proponował, żeby powiedzieć wszystko jej mężowi, swojej żonie, uwolnić się z błędnego koła kłamstw. Ale dzieci… Uwielbiał swoją dziesięcioletnią Zosię, a Lidia martwiła się o dwunastoletniego syna, Kamila.
Gdy zaczęli się spotykać, myślał, że prześpią się parę razy i rozejdą. Ale okazało się to znacznie poważniejsze. Gotów był dla niej na wszystko, ale czy ona była gotowa? Lidia unikała odpowiedzi, prosiła, by nie naciskał. Krzysztof znów westchnął.
— Nie gniewaj się, przecież umówiliśmy się… — W jej głosie zadźwięczały przepraszające nuty.
— Zejdź do samochodu, klucze są w kieszeni kurtki. A ja posprzątam — powiedział i zaczął składać pościel.
— Tylko nie zwlekaj — krzyknęła Lidia z przedpokoju.
Jak szybko minęło tych kilka godzin. Zwykle, po zaspokojeniu namiętności, leżeli i rozmawiali, snuli plany. A dziś tak niemądrze przysnęli. Zostało jakieś niedopowiedzenie, niedokończenie.
Przygaszone światło z przedpokoju ledwo oświetlało pokój. Trzasnęły drzwi. Lidia wyszła. Krzysztof złożył kanapę, schował pościel do szuflady. Właścicielka mieszkania nie dotykała tych rzeczy. Rozejrzał się — czy nie zostawili śladów. Nie, wszystko w porządku.
W ciasnym przedpokoju szybko się ubrał, sięgnął do kieszeni po przygotowane banknoty (wcześniej wyciągnął je z bankomatu) i położył na komodzie. Kliknął wyłącznik i wyszedł.
Mieszkanie na krótkie randki wynajmował od starszej, samotnej kobiety. Pomysł i adres podsunął mu kolega z pracy, który kiedyś też z niego korzystał.
Na umówioną godzinę właścicielka wychodziła. Nie pytał, dokąd. Ona potrzebowała pieniędzy, on i Lidia — miejsca.
Mógł wynająć pokój w hotelu. Ale po pierwsze, łatwo było wpaść na znajomych, a po drugie, nie chciał kłaść się na łóżku, na którym przed nimi spały dziesiątki innych par.
Schodząc po schodach, Krzysztof minął kobietę z ciężkimi siatkami. Przywitał się odruchowo i przecisnął obok. Ona nie odpowiedziała. Czuł, jak wierci mu plecy podejrzliwym spojrzeniem.
W swoim bloku, gdzie mieszkał z żoną i córką, wszyscy się witają, choć prawie nikogo nie zna. Tak już jest.
A tutaj się nie witano. Może dlatego, że mieszkańcy tej kamienicy znali się od lat, a obcy wzbudzali ciekawość. Starzy ludzie są podejrzliwi.
Krzysztof wsiadł do samochodu i spojrzał na Lidię.
— Jedziemy?
W ciemności wnętrza nie dostrzegł wyrazu jej twarzy.
— Może masz rację. Trzeba powiedzieć prawdę, skończyć z tym kłamstwem. Tak dobrze nam razem. Ale gdzie byśmy mieszkali? Gdybyśmy… zostali razem.
Niedopowiedzenie chyba też ją męczyło.
— Coś wymyślimy. Na początek wynajmiemy mieszkanie.
— Jak to? — głos Lidii zadrżał.
Nie odpowiedział, patrzył przed siebie, wyjeżdżając z podwórka. Na obrzeżach nie było korków, zaczynały się dopiero w centrum. Zatrzymał auto niedaleko domu Lidii. Pochyliła się do niego, by pocałować go na pożegnanie — ostatni moment bliskości.
— Do wtorku? — Lidia odsunęła się.
Jej oczy błyszczały — może od światła latarni, może od łez.
— Zadzwonię do ciebie jutro — odparł Krzysztof.
Lidia wysiadła, poszła przed siebie, nie oglądając się, zniknęła między blokami.
PosiedziałLidia zatrzymała się nagle, odwróciła, a w jej oczach błysnęła nieznana wcześniej determinacja, gdy zrozumiała, że jedyne, czego się bała, to życie bez Krzysztofa.



