Do miłości zapukało…
Kasia wyjechała ze wsi do miasta i dostała się na studia. Po wiejskiej szkole nauka nie szła łatwo, ale całe dnie spędzała nad książkami, by dobrze zdać sesję i nie stracić stypendium. Mama mogła pomóc jej tylko paczkami z jedzeniem.
Gdy zaczęła pracować, sama wysyłała mamie pieniądze. Każdy urlop spędzała na wsi. O morzu, oczywiście, marzyła. Ale wszystkim mówiła, że na wsi jest taki powietrz, las i rzeka, że żadne południe nie jest potrzebne.
— Kasieńko, a kiedy zamąż pójdziesz? Czyżby nikt ci się nie podobał? Nie doczekam się wnuków, chyba — wzdychała mama.
— Nie martw się, mamo, wyjdę — odrzucała Kasia, ale rozmowy o zamążpójściu już ją męczyły. Każdy na wsi pytał przede wszystkim o ślub.
Chłopaków Kasia miała, i miłość też, ale nikt jej nie poprosił o rękę.
Pracowała w redakcji gazety. Dzień dobiegał końca, a za oknem szalała ulewa. Właśnie ucichła nieco. Założyła płaszcz, przygotowała parasol i wybiegła na ulicę. Ale gdy stanęła na chodniku, deszcz lunął z nową siłą. Schroniła się pod dachem przy wejściu do budynku, patrząc, jak mijają ją samochody, rozbryzgując kałuże.
Ciężkie krople rozbijały się o mokry asfalt, bryzgi sięgały jej stóp. Przytuliła się do ściany, trzęsąc się z zimna. Przed dużą kałużą zatrzymał się terenowy samochód, by jej nie ochlapać, potem zupełnie stanął.
— Dziewczyno, wsiadaj. Nawet jeśli deszcz przestanie, na drogach jest morze wody, do domu dopłyniesz — krzyknął przez otwarte okno młody mężczyzna.
I Kasia wsiadła. Pół roku później jej wybawca oświadczył się. Nie żeby oszalała z miłości, ale czas na ślub był, a z Markiem czuła się spokojnie i bezpiecznie. Zamieszkali z jego matką w dużym mieszkaniu w centrum miasta.
Matka Marka od razu ją nie polubiła.
— Nie licz, moja droga, że dostaniesz nasze mieszkanie. To ci się nie uda — ostrzegła od razu.
— Nie wypada chodzić cały dzień w szlafroku. Tylko do łazienki. A jeśli ktoś przyjdzie? Przebierz się natychmiast — rozkazywała teściowa.
I Kasia się przebierała. Sprzątać czy gotować w eleganckiej sukience było niewygodnie. Sama Helena Stanisławowa ubierała się jak na przyjęcie.
W końcu nie znalazły wspólnego języka. Pewnego dnia Kasia usłyszała, jak matka namawiała syna do rozwodu, póki nie ma dzieci. Płacząc, powiedziała Markowi, że mama ma rację, lepiej się rozstać. Zaczęła pakować swoje rzeczy.
Marek nie pozwolił jej odejść. Następnego dnia wynajął mieszkanie i wyprowadzili się od matki. Życie się ułożyło. Może mama dalej męczyła Marka przez telefon, ale do nich nie przychodziła. A Marek nic nie mówił żonie. Oszczędzali, by kiedyś kupić własne mieszkanie.
Pewnej niedzieli pojechali nad jezioro z przyjaciółmi. Wędkowanie, grill… Wracali już po zmroku. Samochód znajomych zgubił ich, zostawiając Marka z Kasią daleko z tyłu. Marek przyspieszył, by ich dogonić.
Kasia nawet nie zorientowała się, co się stało. Nagle na ich pas wjechał terenowy samochód. Kierowca stracił panowanie nad pojazdem lub zasnął, zderzenia nie dało się uniknąć.
Marek zginął na miejscu, a Kasia miała liczne urazy i złamania. Po czterech miesiącach wypisano ją ze szpitala. Blada, osłabiona, kulejąc, dotarła do wynajmowanego mieszkania, ale mieszkała tam już inna rodzina. Oddano jej małą torbę z rzeczami. Rzeczy Marka zabrała teściowa, ona też zrezygnowała z mieszkania.
Kasia poszła do matki Marka. Ta otworzyła drzwi, ale nie wpuściła jej do środka. Rozmawiały przez próg.
— Helena Stanisławna, mogę u pani zostać, póki nie wynajmę mieszkania?
— A co, jeszcze czego. Przez ciebie zginął mój MaKasia zawróciła, rozejrzała się po opustoszałej wsi i nagle zrozumiała, że ten dom, zapach lasu i szum rzeki to jedyne, co zostało jej po wszystkim, więc westchnęła głęboko i postanowiła zacząć od nowa.



