**Po prostu taki los**
Gosia spieszyła się do domu. Pod topniejącym śniegiem kryły się zdradliwe płaty lodu, nogi ślizgały się, utrudniając marsz. Jezdnia była pełna kałuż, a rozpędzone samochody oblewały gapowiczów brudną wodą. Gosia trzymała się z dala od krawężnika.
Gdy wreszcie dotarła do domu, plecy miała mokre od potu, a stopy zimne i obolałe. Od dawna powinna kupić nowe buty.
W przedpokoju osunęła się wyczerpana na pufę. Zdjęła buty i poruszyła palcami w przemokniętych rajstopach. Marzyła o kubku herbaty z cytryną – żeby nie rozchorować się po takim spacerze. Zanim zdążyła postawić buty przy kaloryferze, rozległo się pukanie w ścianę. To znak od mamy – stukała łyżką, gdy potrzebowała pomocy. Gosia westchnęła i poszła do jej pokoju.
— Co, mamo?
Matka odpowiedziała niewyraźnym pomrukiem.
— Byłam w pracy — Gosia podeszła do łóżka, poprawiając zsunięty koc. Uderzył ją ostry zapach moczu. «Pielucha przepełniona», pomyślała. Wyciągnęła nową z paczki przy łóżku i odsunęła koc, walcząc z mdłościami. Przez cały czas matka mamrotała coś pod nosem. Mówić już nie potrafiła.
— Już po wszystkim. Zaraz zrobię kolację. — Gosia podniosła ciężką, brudną pieluchę i wyszła, ignorując mamrotanie. Przyzwyczaiła się nie narzekać. To i tak nic nie zmieni, a tylko ją dobije. Chciałaby chwilę odpocząć, ale na taki luksus nie mogła sobie pozwolić. Matka wciąż stukała, wzywając ją.
Kiedyś mieli normalną rodzinę. Ojciec kierował katedrą na uniwersytecie, mama zajmowała się domem i dziećmi. Wszystko runęło w jednej chwili. Gosia skończyła dziesiątą klasę, a jej brat Bartek zaliczył sesję na trzecim roku, gdy ojciec nagle zmarł.
Matka jednego z kandydatów próbowała wręczyć mu łapówkę, by jej syn dostał się na studia. Ojciec był nieugięty – uczciwy do bólu. Obrażona kobieta doniosła na niego, twierdząc, że wziął pieniądze, a miejsc nie przyznał. Rozpoczęło się śledztwo. Jego serce nie wytrzymało stresu – zmarł na zawał w drodze do szpitala.
Matka nie pogodziła się ze stratą. Z dnia na dzień traciła kontakt z rzeczywistością. Godzinami wpatrywała się w ścianę, nie zauważając Gosi ani Bartka. Czasem nagle biegła do kuchni, by przygotować obiad. Wciąż czekała na męża.
Wcześniej przychodziła do nich młoda kobieta, Ania, sprzątała i robiła zakupy na targu. Matka nie uznawała mięsa z supermarketu. Po śmierci ojca musieli z niej zrezygnować – bez jego pensji nie było ich na to stać. Teraz Gosia przejęła domowe obowiązki. Matka traktowała ją jak służącą, uparcie nazywając ją „Anią” i wydając rozkazy.
Oszczędności szybko się skończyły, a i tak było ich mało. Matka nie umiała oszczędzać – kupowała sobie suknie i biżuterię. Była piękną kobietą, ojciec nigdy jej niczego nie odmawiał.
Kiedyś często gościli koledzy ojca z uczelni. Do dziś matka każe GosW końcu jednak Gosia znalazła swoje szczęście, ucząc się, że czasem trzeba postawić na siebie, by móc dać coś innym.



