Dzień Odkupienia

Dzień Przebaczenia

Ostatnim autobusem Zofia wróciła ze Lwowa do wsi. Cały dzień biegała po urzędach – najpierw do szpitala po dokumenty, potem do zakładu pogrzebowego, a potem znowu do szpitala, żeby zostawić węzełek z ubraniami. Mama przygotowała go wcześniej sama. Zosia nawet zdążyła wpaść do siebie i przebrać się w czarny sweter.

Usiadła na krześle przy stole, wyprostowała bolące nogi, nie mając siły się rozebrać. W domu było zimno – trzeba by napalić w piecu. Wyjechała wcześnie rano, a teraz był już wieczór. Bezmyślnie patrzyła na brudne ślady na podłodze, zostawione przez lekarza pogotowia, przez mężczyzn, którzy wynieśli mamę i zawieźli ją do miasta, przez sąsiadów. Dopiero teraz przypomniała sobie, że przez cały ten czas drzwi stały otwarte, a na dworze był październik. Nie wiedziała, czy można teraz myć podłogę. Na wszelki wypadek postanowiła zostawić wszystko tak, jak jest.

Za drzwiami rozległy się kroki. Zosia poderwała się, myśląc, że to w końcu przyjechała Kinga, ale do pokoju weszła sąsiadka.

– Widziałam, że wróciłaś. Może pomóc? – zapytała ciocia Halina, przyjaciółka mamy.

– Nie. – Zosia znów opadła na krzesło.

– Zimno tu u ciebie. Zaraz napalę w piecu. – Ciocia Halina wyszła i szybko wróciła z naręczem drewna, krzątała się w kuchni, rozpalając ogień.

Na krótką chwilę Zosi wydawało się, że to mama, że jej śmierć to tylko sen…

– No, już będzie cieplej. – Do pokoju weszła nie mama, tylko ciocia Halina. – Nie martw się o stypę. Pogrzeb jutro? Jedź do miasta, a my tu z Anną wszystko ogarniemy. Kinga wie? Przyjedzie? – spytała.

– Telefon milczy, wysłałam wiadomość. Nie wiem. Dziękuję bardzo – cicho odpowiedziała Zosia.

– No co ty, nie jesteśmy sobie obce. Z twoją matką byłyśmy jak siostry. – W głosie cioci Haliny zabrzmiał wyrzut, a Zosia to wychwyciła, spojrzała na nią uważnie. – No to ja pójdę – zmieszała się ciocia i ruszyła do drzwi. Zatrzymała się. – Nie zamykaj jutro domu, dobrze?

Zosia skinęła głową, przygryzając wargę. W piecu trzeszczało drewno, ogień huczał w kominie – dom ożył. I Zosia już nie czuła tej gęstej, głuchej samotności, która zakradła się po śmierci mamy. Mówią przecież, że w pierwszych dniach zmarłych można wyczuć blisko. Zosia rozejrzała się, ale nic nie poczuła, nic nie zobaczyła.

Mama ostatnio bardzo chorowała. Po śmierci taty straciła sens życia, szybko podupadła na zdrowiu. Czasem Zosi wydawało się, że nie chce żyć, że spieszy się do ojca. Stała się ponura i milcząca. Po skończeniu szkoły Zosia wyjechała do miasta, zaczęła studia na księgowości.

Co weekend przyjeżdżała do mamy – na szczęście do wsi nie było daleko. Przywoziła zakupy, pomagała w domu. W ostatnim roku mama drastycznie schudła i osłabła. Zosia zabrała ją do szpitala i usłyszała niepocieszającą diagnozę. Mama przyjęła ją z obojętnością, nawet się ucieszyła, na pewno się nie zmartwiła.

Gdy mama osłabła tak bardzo, że ledwo wstawała z łóżka, Zosia wzięła urlop i przyjechała. W pracy uprzedziła, że może będzie musiała wziąć dni na własny koszt. Po miesiącu mama umarła. Ostatnie dwa dni nic nie jadła, nie mówiła, była w półświadomości.

Zosia cały czas rozmawiała z mamą, niezależnie od tego, czy ta słyszała, czy nie. Od dźwięku własnego głodu było mniej straszno i smutno. W ostatni dzień prosiła mamę o przebaczenie, prosiła, żeby jej nie zostawiała sama, głaszcząc jej wychudzoną, zimną dłoń.

Mówiła, że niedługo przyjedzie Kinga. Na dźwięk imienia siostry powieki mamy drgnęły, ale oczu nie otworzyła. Może już tam była, w innym świecie, z tatą, do którego tak pragnęła wrócić?

Tata był pracowity, pił mało, znał umiar – co w tej wsi było rzadkością. Wiele kobiet, tych samotnych i tych z pijącymi mężami, próbowało go uwieść, wciągały go pod pretekstem pomocy. Ale on kochał mamę, nie zdradzał. Na wsi takich rzeczy nie da się ukryć.

Z wypłaty zawsze przynosił im z siostrą paczkę cukierków. Jakże się wtedy cieszyły.

Zmarł wcześnie, a właściwie zginął. I mama nigdy nie pogodziła się z tą stratą. Zosi było wtedy ledwo siedem lat, a Kinga właśnie skończyła gimnazjum. Jak tylko wyjechała do szkoły, a właściwie uciekła z domu po tej tragedii, nigdy nie wróciła.

Niedługo przed śmiercią, gdy mama jeszcze mówiła, prosiła Zosię, żeby zadzwoniła do siostry i poprosiła, żeby przyjechała. Zosia dzwoniła, pisała, ale telefon albo nie odbierał, albo był wyłączony. Ostatni raz napisała, gdy mama umarła, ale Kinga nie odpowiedziała. Zosia kłamała mamie, że córka Kingi zachorowała. Jak wyzdrowieje, przyjedzie. Czy mama wierzyła? Zosia nie wiedziała.

Przypomniała sobie, jak rok temu, gdy lekarze postawili straszną diagnozę, zadzwoniła do siostry i poprosiła, żeby przyjechała. Kinga przyjęła wiadomość obojętnie.

– Wyrzuciła mnie z domu, nie pamiętasz? Nie przyjadę – twardo odpowiedziała starsza siostra.

– Obie jesteście uparte. Ona może umrzeć, przyjedź, pogadajcie, wybaczcie sobie… – namawiała Zosia.

– Nie jestem winna śmierci taty. Byłam wtedy dzieckiem. A ona myślała, co ja czułam, gdy mnie wyrzucała? – Kinga podniosła głos.

– Nie wyrzuciła cię, tylko w gniewie powiedziała za dużo. Bardzo tego żałowała… Proszę, przyjedź – Zosia ledwo powstrzymywała łzy.

– Nie przyjadę – ucZatrzymały się na przystanku, jeszcze raz obejrzały się na wieś, która teraz wydawała się mniejsza i bardziej odległa, ale już bez tego ciężaru, który dźwigały przez tyle lat.

Rate article
Fajna Tajna
Dzień Odkupienia