Telefon
Gosia zjadła obiad, pozmywała naczynia i położyła się na drzemkę. Mąż wyjechał do znajomego w okolice Poznania, żeby pomóc naprawić płot. Wróci dopiero jutro wieczorem – w poniedziałek ma dyżur w szpitalu. Gosia od roku jest na emeryturze, a Tomasz musi jeszcze przepracować dwa lata, zanim sam przejdzie na zasłużony odpoczynek.
Niespodziewany dzwonek wyrwał ją z półsnu. Nie od razu zorientowała się, że to telefon.
— Tak… — odpowiedziała ochrypłym od snu głosem, nawet nie patrząc na wyświetlacz. Kto inny miałby do niej dzwonić, jeśli nie córka albo mąż? Tomasz nie przepadał za telefonami, więc pewnie Ola. Mieszkała z mężem w Gdańsku i niedługo miała urodzić.
— Gosia? Spałaś? — w słuchawce rozległ się obcy kobiecy głos.
— Kto mówi? — Gosia nabrała podejrzliwości.
W odpowiedzi usłyszała teatralnie głośne westchnienie.
— Nie poznajesz mnie? Toż to wieki się nie widziałyśmy!
— Krysia? Skąd masz mój numer? — Gosia zdziwiła się, ale jakoś wcale nie ucieszyła.
— A to ważne? Spotkałam twoją mamę parę lat temu i mi go podała.
Gosia przypomniała sobie, że matka coś o tym wspominała.
— Jesteś w mieście? — Zapytała, choć sama wiedziała, że to głupie pytanie. Po co dzwoniłaby, gdyby nie chciała się spotkać? — Słychać było, że wyjechałaś do Kanady — dodała.
W słuchawce rozległ się śmiech, który natychmiast przeszedł w jęk.
— Co się dzieje? Gdzie jesteś? — Gosia przytomniała w sekundę.
— W szpitalu. Właśnie dlatego dzwonię. Możesz do mnie przyjść? Chcę ci coś powiedzieć. I nie, nic nie przynoś, nie trzeba.
— W szpitalu? Co ci jest? — Gosia była już w pełni obudzona.
— Ciężko mi mówić… Adres wyślę SMS-em.
— Ale w jakim… — zaczęła Gosia, ale w słuchawce rozległy się krótkie sygnały.
Chwilę później przyszła wiadomość z nazwą szpitala. *”Boże drogi, Krysia ma raka!”* — przeczytała wiadomość raz, drugi, z rosnącym niepokojem.
Spojrzała na zegarek — była wpół do piątej. Zanim dojedzie do szpitala, odwiedziny się skończą. Poszła do kuchni, wyjęła z zamrażarki kurczaka na rosół. Krysia powiedziała, żeby nic nie przynosić, ale jak iść do szpitala z pustymi rękami? Domowy rosół to nie jedzenie, to lek. Położyła kurczaka w zlewie, żeby się rozmroził, i usiadła przy stole. Oli ma dwadzieścia osiem lat, więc tyle samo minęło, odkąd ostatni raz widziała Krysię.
Z wiekiem Gosia nauczyła się przyjmować nawet dobre wieści z pewną rezerwą. Po tym telefonie nie mogła pozbyć się uczucia niepokoju. A Tomasza, na złość, nie było w domu. Może i lepiej. Rano ugotuje rosół, odwiedzi Krysię i wszystkiego się dowie. Tylko że spokoju nie mogła znaleźć.
Krysię od dziesiątego roku życia wychowywała babka ze strony ojca. Czułości tam nie było, więc dziewczyna często przesiadywała u Goski, razem odrabiały lekcje. Babka pędziła bimber i zaopatrywała w niego całą okoliczną menelnię. Rodzice, oczywiście, też pili. Żony innych pijaków groziły, że podpalą babczyną „fabrykę”. Może ktoś i pomógł losowi, a może, jak uznała milicja, ojciec zasnął z papierosem – w każdym razie rodzice Krysi nie zdążyli wydostać się z płonącego domu. Babka gdzieś poszła, a Krysia, jak zwykle, była u Goski. Ocalały.
Po pożarze babkę z Krysią przesiedlono do akademika. Na wspólnej kuchni bimber warzyć zabroniono. Babka od razu posmutniała, zaczęła liczyć każdą złotówkę i wypominać wnuczce każdy kęs chleba. Krysia jadała u Goski.
Babka matki Krysi nie znosiła, nazywała ją wiedźmą, twierdziła, że rzuciła na syna urok, że przez tę przeklętą zaczął pić. O tym, że w domu stał darmowy samogon, milczała. Matka Krysi była pięknością. Rzadko który mężczyzna, niezależnie od wieku, przeszedł obok niej obojętnie. Ojciec straszliwie ją zazdrościł, nawet bił.
Krysia dorosła i wyglądem coraz bardziej przypominała matkę. Taka sama wysoka, smukła, z burzą rudych loków, czarnymi oczami i pełnymi ustami. Piegi na całej twarzy wcale jej nie szpeciły, wręcz przeciwnie – dodawały złocistego blasku.
Zaraz po szkole Krysia uciekła z domu z jakimś przyjezdnym chłopakiem. *„Niepoczciwa, cała w matkę”* – mawiała babka, wzdychając.
Mamie Goski nie podobała się przyjaźń córki z Krysią, choć współczuła biednej dziewczynie. Kiedy tamta uciekła z miasta, nawet odetchnęła z ulgą. Zawsze bała się, że Krysia sprowadzi Gosię na złą drogę. Co je łączy? Sama Gosia nie umiałaby powiedzieć, choć z Krysią nigdy się nie nudziła.
Gosia skończyła technikum, zaczęła pracę, poznała Tomasza i wyszła za niego. Rok później urodziła się Ola. O Krysi słyszała tylko pogłoski.
Mama Goski pracowała, więc nie mogła pomóc, a wieczorami, gdy Tomasz był w domu, wstydziła się przychodzić. Gosia kręciła się więc sama, dosłownie padając ze zmęczenia.
Jedyne, o czym marzyła w tamtym czasie, to wyspać się. Wystarczyło, że przymknęła oczy podczas karmienia, a już wpadała w sen. Budziła się z lękiem, że upuściła córkę albo ta udusiła się pod ciężarem jej piersi. Ola, najedzona, spokojnie spała na jej rękach. Gosia przekładała ją do łóżeczka i szła odciągać pokarm, gotować obiad, prać namoczone pieluchy, zmuszając się, by nie zasnąć.
W tym najtrudniejszym dla Goski czasie pojawiła się Krysia. Była jeszcze bardziej podobna do matki, jeszcze piękniejsza, choć wydawało się to niemożliwe.
— No i wyglądasz, przyjaciółko. Zawsze wiedziałam, że małżeństwo i macierzyństwo kobiecie urody nie dodają. Nigdy nie będę miała dzieci — powiedziała Krysia, jak zwykle bez powitania i wstępu, widząc Gosię.
— Nigdy nie mów nigdy — uśmiechnęła się Gosia.
Potem Krysia opowiedziała, że miała wiele aborcji i już nigdy nie będzie mogGosia wyszła z cmentarza, oddychając pełną piersią wiosennym powietrzem, i pomyślała, że czas wreszcie zacząć żyć bez ciężaru przeszłości.



