Iluzja

**Miraż**

Przy kolacji ojciec raz po raz rzucał na syna niechętne spojrzenia. Wojtek domyślił się – matka musiała mu powiedzieć, że po szkole chce wyjechać na studia do Warszawy.

Ojciec gwałtownie odsunął pusty talerz i utkwił wzrok w synu. „Teraz coś będzie” – przemknęło przez głowę Wojtka. Najchętniej zapadłby się pod ziemię albo stał się niewidzialny. Pod gniewnym spojrzeniem ojca kluski w gardle stawały się jak z ołowiu – nie dało się ich przełknąć ani wypluć.

Matka przyszła z pomocą. Odwróciła uwagę ojca, postawiła przed nim kubek herbaty, podsunęła wazonik z ciasteczkami i cukierkami.

– Dzięki, mamo, już jestem najedzony. Herbatę wypiję później – powiedział Wojtek, wstając od stołu.

– A siadaj! – warknął ojciec.
Wojtek wiedział, że z ojcem lepiej nie dyskutować, więc wrócił na miejsce.

– Muszę odrobić lekcje… – zaczął.

– Zdążysz. Matka mówiła, że do Warszawy się wybierasz. A co ci tu nie pasuje? Wychowaliśmy cię, myślałem, że na stare lata będę miał pomoc, a ty nam uciekasz?

– Nie uciekam… – bąknął Wojtek.

– Gadaj mi tu. Co tam, w tej Warszawie, miodem smarują?

– Tam są większe możliwości. Chcę być architektem, tu nie ma takiego wydziału – Wojtek też podniósł głos.

– Józek, daj mu pojechać, nauczyciele go chwalą – uspokajająco powiedziała matka, kładąc dłoń na ramieniu męża.

– Nie mamy pieniędzy na twoją naukę. Tam wszystko kosztuje, a tu masz za darmo. Czujesz różnicę? – ojciec się rozpalał.

– Dostanę się na budżet – uparcie stwierdził Wojtek. – I tak wyjadę.

– Józek, uspokój się, nie jutro przecież jedzie, jeszcze są przed nim egzaminy. Idź, synku, odrabiaj lekcje – matka skinęła w stronę drzwi. Wojtkowi nie trzeba było powtarzać dwa razy – natychmiast wyszedł z kuchni.

– Dość mu pobłażać! Wychowaliśmy go na własną zgubę. Na starość nawet szklanki wody nie będzie komu podać…
Wojtek zamarł przy drzwiach do swojego pokoju, słuchając, z ręką na klamce.

– Uspokój się. Za wcześnie o starości mówisz. Warszawa blisko, ledwie trzy godziny pociągiem, będzie przyjeżdżał…

Ojciec coś zamruczał pod nosem.

– Pij herbatę, bo wystygnie. Posłodzić? – zapytała matka.

– Co ty, jak z małym… Sam… – odparł zirytowany ojciec.

Burza minęła. Wojtek zamknął się w pokoju. Serce śpiewało mu w piersi. Koniec marca, jeszcze dwa miesiące nauki, egzaminy, ale to nieważne. Najważniejsze, że pojedzie do Warszawy, czeka go ciekawe życie, setki możliwości. Na pewno osiągnie wszystko…

Po balu maturalnym Wojtek z matką pojechali do stolicy składać dokumenty. Kuzynka matki, nieładna, samotna kobieta, przywitała ich chłodno. Narzekała, że wszyscy ciągną do Warszawy, a ona nie jest z gumy…

– No cóż, niech sobie mieszka. Będzie mi raźniej. Tylko uważaj, bo mam problemy z ciśnieniem, słabo śpię. Nie wracaj późno, nikogo nie przyprowadzaj. Śniadanie zrobię, kolacją się podzielę, a w dzień radź sobie sam – wyjaśniała zasady kuzynka.
Matka tylko kiwała głową.

– A ile weźmiesz za stancję? – zapytała ostrożnie, licząc, że kuzynka odmówi lub się obrazi. Jaka płatność między rodziną? Ale nic z tego.

– Sam rozumiesz, to Warszawa, nie wasze… – kuzynka wykrzywiła wąskie usta. – Tu życie kosztuje. Więc, nie gniewaj się… – i wymieniła sumę, która w ich małym mieście wydawała się kosmiczna.

Matka westchnęła, wymieniła spojrzenie z synem.

– Mamo, może lepiej w akademiku…

– Co ty, synku. Jak tam nauka? Będziemy z ojcem przysyłać pieniądze, nie martw się. Ty się tylko ucz.

– Patrz, jak się rozgadała. Od kiedy to w Warszawie, a już taka wybredna. Tylko ojcu nic nie mów o pieniądzach. Już ja z nim pogadam – wzdychała matka w pociągu w drodze powrotnej.

Wojtek się dostał. Przyjechał do Warszawy na kilka dni przed rozpoczęciem roku, żeby się rozeznać. Dojazdy z peryferii na uczelnię były z przesiadkami, oczywiście, długie i niewygodne. Ale to przecież Warszawa!

Wychodził z domu o świcie i włóczył się po mieście do późnego wieczora. Na Górze Kalwarii zapierało dech od widoku panoramy stolicy. Niedaleko zatrzymała się grupka turystów, a młoda, urodziwa przewodniczka zaczęła im coś opowiadać.

Wojtek podszedł bliżej, żeby lepiej słyszeć. Przewodniczka go zauważyła, ale nic nie powiedziała. Potem grupa odeszła, a ona została, przeglądając coś w telefonie.

– Ciekawie pani opowiada – powiedział Wojtek.
Uśmiechnęła się i zapytała, skąd przyjechał.

– Tak widać? – zmartwił się.

– Przyjezdnych widać po oczach – zagubionych i zachwyconych.

Wojtek opowiedział, że przyjechał na studia, ale mieszka na obrzeżach, a to nie to samo, co centrum. Czuł się, jakby wcale nie wyjechał z małego miasta. W rozmowie nie zauważyli, jak zeszli z Góry Kalwarii.

– Mieszkam tu niedaleko – nagle powiedziała jego towarzyszka. – Zmęczyłeś się? Chodź, napijesz się herbaty. Potem muszę odebrać córkę z przedszkola – roześmiała się, widząc jego zaskoczoną minę.

Nazywała się Kinga. Była prawie dwa razy starsza od Wojtka. Nakarmiła go zupą, napoiła herbatą. Wojtek rozmarzył się, nie chciało mu się wychodzić.

– Mogę kiedyś wpaść? – zapytał na odchodnym.
Kinga spojrzała na niego uważnie – nie z pobłażaniem, nie z ironią, po prostu uważnie.

– Wpadaj – odpowiedziała krótko.

Wojtek wytrzymał jeden dzień, a trzeciego przyszedł. Stał przed kamienicą, niepewny. Nagle zobaczył Kingę z córeczką. Zaczął się tłumaczyć, że to przypadek, ale Kinga od razu zrozumiała. Gdy Wojtek bawił się z Zosią, Kinga przygotowywała kolację. Potem jedli razem. Dziewczynka nie chciała go puścić, marudziła, żeby ją położył i poczytał bajkę.

APotem… wrócić do kuzynki było już za późno – “Zostań” – powiedziała Kinga, a on został, nie wiedząc jeszcze, że to nie będzie jedna noc, ale początek nowego życia, które – choć pełne zwrotów – okaże się prawdziwe w przeciwieństwie do wszystkich miraży, jakie go wcześniej omamiły.

Rate article
Fajna Tajna
Iluzja