**Dziennik**
„Nie masz swojego faceta, to się rzucasz na cudzego? Przyjaciółka mi się znalazła. Żeby twoja noga więcej u mnie nie postała!“ – warknęła gniewnie Weronika.
Wysiadać z autobusu nie miała ochoty. Ania mieszkała na nowym osiedlu, gdzie komunikacja miejska jeszcze nie docierała. Od przystanku daleko do domu, a na dodatek w taką pogodę. No cóż, skoro już musi iść, zajdzie do sklepu. Obiecywali, że otworzą w sąsiednim bloku, ale kto wie, kiedy to nastąpi. Trzeba zapłacić za wczorajsze lenistwo – lodówka świeciła pustkami.
Ania wysiadła i nie zdążyła zrobić dwóch kroków, gdy podmuch wiatru zerwał jej kaptur i cisnął w twarz kosmyk włosów wraz z garścią kłującego śniegu. Wiał ze wszystkich stron naraz, uparcie próbując dostać się pod powieki.
Naciągnęła kaptur głębiej na twarz, szła przytrzymując go ręką pod brodą, zgarbiona i pochylona jak staruszka. Tuż przed sklepem o mało nie ruszyła biegiem – tak bardzo chciała schronić się przed wiatrem.
W końcu za nią zatrzasnęły się drzwi i znalazła się w względnej ciszy sklepu. Odrzuciła kaptur, strzepnęła rozczochrane włosy. Wzięła koszyk i ruszyła między półkami. Brała tylko to, co konieczne, żeby zmieściło się w jednej reklamówce – resztę kupi jutro. Wciąż przecież trzeba było wracać do domu, a jedna ręka musiała być wolna, by przytrzymywać kaptur.
Zauważyła przed sobą młodą kobietę z wózkiem, za który trzymał się może sześcioletni chłopiec w grubym kombinezonie, wyglądającym jak skafander. Kobieta jedną ręką pchała wózek, w drugiej niosła koszyk. Szli powoli, nie dało się ich wyminąć. Ania skręciła w inną alejkę. Wzięła butelkę mleka i ruszyła do działu z pieczywem.
I znów stanęła przed tą samą kobietą. Chciała się wymknąć, gdy nagle z wózka wypadła pluszowa zabawka. Podniosła ją.
„Proszę pani, coś pani upuściła!” – zawołała.
Kobieta odwróciła się.
„Proszę…” – Ania podała zabawkę i w tym momencie poznała w kobiecie swoją dawną koleżankę z klasy. „Wera!” – wykrzyknęła z radosnym zaskoczeniem.
„Ańka!” – ucieszyła się Weronika.
„Idę i myślę: jaka desperatka wychodzi z dziećmi w taką pogodę?” – powiedziała Ania.
„Mieszkamy w tym samym bloku. Chciałam szybko wyjść po mleko i kaszę mannę, ale Zosia rozkaprysiła się, a Jasiek sam by z nią nie dał rady. Więc poszliśmy wszyscy.”
Na języku kołatało się pytanie o męża, ale Ania się powstrzymała. Nie wypada od razu wypytywać. Pewnie jeszcze w pracy.
Spojrzała na chłopca. Obojętnie przyglądał się paczkom z ciastkami.
„Mój pomocnik” – z dumą oznajmiła Weronika.
„Ile ma lat?”
„Sześć. We wrześniu idzie do szkoły.”
„Mamo, chodźmy, chcę dokończyć bajkę” – niezadowolony Jaś spojrzał na matkę.
„Poczekaj, już idziemy” – rzekła stanowczo Weronika. „Wybacz, Ańka, widzisz, nie należę do siebie. Zapisz mój adres i numer, oddzwonimy, pogadamy.”
Ania sięgnęła do torebki po telefon.
„Zadzwoń koniecznie. Dzieci zwykle około dziesiątej śpią” – rzuciła Weronika, kierując się do kasy.
„Czekaj, a zabawka?” – zatrzymała ją Ania.
Weronika coś szepnęła do syna. Jaś podszedł, zabrał różowego króliczka i wrócił do matki. Weronika skinęła głową i ruszyła, upominając chłopca, że nie podziękował.
„Nie uwierzyłabym, że Wera będzie mieć dwoje dzieci” – myślała Ania, stojąc w kolejce. „Jak ona daje radę? Ja bym się nie odważyła wyjść w taką zamieć.”
„Dlatego nie masz ani męża, ani dzieci” – odparł wewnętrzny głos.
W domu Ania usmażyła jajecznicę. Nie miała ochoty na coś bardziej skomplikowanego, a i pora była już późna. Czekając, aż zagotuje się woda, rozglądała się po nowej kuchni. Kupiła mieszkanie pół roku temu i była z tego dumna.
W pokoju stały tylko szafa, telewizor i kanapa, przez co wydawał się pusty i nieprzytulny. Ale kuchnię urządziła od razu. Kuchnia to serce domu. Większość czasu spędzała właśnie tu. Na razie tylko wpadała, żeby szybko coś przygotować i zjeść przed telewizorem. Ale kiedyś będzie miała rodzinę – męża, dzieci. I stanie się taką „kurą domową” jak Weronika. Westchnęła.
W matowej bieli szafek odbijało się światło żyrandola. Zagwizdał czajnik. Po kolacji pozmywała i stanęła przy oknie, wpatrując się w migające światła samochodów, przypominające świąteczne lampki. W oknach innych bloków świeciły się prostokąty – ludzie siedzieli razem przy stole, rozmawiali. Może ktoś też teraz patrzy w ciemność i myśli to samo?
Przypomniała sobie Weronikę. Pewnie nie miała czasu na takie rozmyślania. Dwoje dzieci. A zawsze mówiła, że będzie miała najwyżej jedno, albo wcale.
„Nie zamierzam marnować najlepszych lat na niewdzięczne dzieci, które wyrosną i zostawią mnie samą. Nie, dziękuję. Inne niech rodzą” – mawiała w liceum.
Ania wtedy się sprzeciwiła: „Dzieci to nasza kontynuacja, sens życia.”
„No to sobie rób, ile chcesz” – odparła Weronika.
Ania wychowała się tylko z mamą. Zmarła rok temu. Ojciec gdzieś był, ale miał już nową rodzinę. Gdyby miała rodzeństwo, nie byłoby tak samotnie. Każdy pragnie tego, czego mu brakuje.
Miała niepełną rodzinę i marzyła o bracie, siostrze, potem o dzieciach. A została zupełnie sama. Weronika miała rodziców i dwóch braci – była najstarsza. Może dlatego nie chciała dzieci? Zmęczyło ją niańczenie młodszych?
Cokolwiek byśmy planowali, wychodzi odwrotnie. Nie oszukasz programu, który ktoś w nas zapisał. Ania wróciła do pokoju. W telewizji leciał wieczorny film. Oglądała, nie skupiając się, wciąż myśląc o Weronice i ich szkolnych latach. O 22:30 postanowiła zadzwonić.
„To ja, Ania. Nie przeszkadzam?” – szepnęła.
„Nie, dzieci śpiąOdeszła od okna, uśmiechając się do własnych myśli, że życie – choć nieprzewidywalne – zawsze jakoś się układa, nawet jeśli nie tak, jak początkowo planowaliśmy.



