Uciekaj, póki jeszcze czas…
Wszystkie dziewczyny marzą o wielkiej i czystej miłości. O tym, by świat wirował, a serce zamierało od czułych uścisków. By chłopak zrobił piękne, niezwykłe oświadczyny w najmniej spodziewanym momencie, by wszyscy to widzieli i zazdrościli. By ślub był wspaniały – on w eleganckim garniturze, ona obok, krucha panna młoda w zwiewnej białej sukni, błyszcząca od szczęścia. Każda dziewczynka śni o takim weselu niemal od kołyski. Kinga nie była wyjątkiem.
W środku roku szkolnego do klasy 9a trafił nowy uczeń – Tomek Kowalski. Na przerwie od razu otoczyła go gromada ciekawskich, zasypując pytaniami: skąd przyjechał, dlaczego w środku semestru?
— Ojciec jest wojskowym, dostał nowe przydzielenie, więc się przenieśliśmy — tłumaczył Tomek.
— A strzelać potrafisz?
— Zdarzało się.
— Z jakiego pistoletu?
— Ze służbowego… — pytania leciały z każdej strony.
Tomek od razu zauważył Kingę. Stała z boku, jakby w ogóle go nie interesowała. Po szkole postanowił ją odprowadzić. Mieszkali w tej samej okolicy. Opowiadała mu o szkole i klasie, on o garnizonach, w których stacjonował ojciec.
W dzień urodzin Kingi przyniósł do klasy różę i wręczył jej na oczach wszystkich. Gdyby to był ktoś inny, chłopaki pewnie by się śmiali, rzucali głupimi komentarzami, ale gest Tomka wzbudził w nich szacunek, a w dziewczynach – zazdrość.
Kinga przyjęła różę, jakby codziennie dostawała takie prezenty. Jej wzrok mówił: *„Patrzcie, jak za mną biega nowy. Zazdrościcie? To dopiero początek.”* Traktowała go z lekceważeniem, choć się jej podobał.
Tuż przed maturami Kinga poznała starszego chłopaka, sportowca. Na brzegu Wisły odbywały się zawody wioślarskie. Zatrzymała się z koleżanką, by popatrzeć.
— Dziewczyny, chodźcie tu, stąd lepiej widać! — zawołał przystojny facet.
— A pan też bierze udział? — spytała Kinga, przeciskając się przez tłum gapiów.
— Nie, ja trenuję zapasy. Startuje mój kolega. O, tam, drugiego widać. — Wskazał na wodę, ale sam nie spuszczał wzroku z Kingi, wyraźnie wyróżniając ją spośród dwóch koleżanek.
Marek — tak miał na imię nowy znajomy — odprowadził Kingę do domu.
— Wiesz, co oznacza imię Marek?
Kinga wiedziała, ale teraz wszystkie myśli wyleciały jej z głowy.
— Zwycięzca. W życiu zawsze wygrywam.
Podobał się jej. Kinga wsłuchiwała się w nowe uczucia, które ją pociągały, ekscytowały i jednocześnie trochę przerażały. W głowie mętlik. Tomek został natychmiast zapomniany. Gdzie mu do Marka Nowaka! Całą drogę myślała, czy ją pocałuje i jak ma zareagować, jeśli to zrobi. Pod blokiem życzył jej dobrej nocy i odszedł. Kinga poczuła rozczarowanie.
Następnego dnia, gdy wychodziła ze szkoły, z zaparkowanego przy chodniku auta wysiadł Marek i otworzył przed nią drzwi. Zanim wsiadła, rozejrzała się — czy koleżanki widzą? Dziewczyny na schodach stały z otwartymi ustami, a Tomek nieopodal, ze zmarszczonym czołem. Kinga wsiadła z triumfalną miną. Ale gdy odjechali, ogarnął ją strach. Dokąd ją zabiera?
Marek po prostu pokazał jej miasto, opowiadał o krajach, które odwiedził na zawodach. Uwaga starszego faceta pochlebiała dziewczynie. Zachowywał się powściągliwie, nie pozwalał sobie na zbyt wiele. Przywoził jej perfumy, piękną biżuterię. Skromna róża odeszła w zapomnienie. Koleżanki podziwiały prezenty, wstrzymując oddech z zazdrości. A Tomek… Kinga już go nie zauważała.
Po maturze poszła na studia. Marek prawie codziennie odbierał ją samochodem spod uczelni.
— Gdzie się podział twój Romek? — pytały dziewczyny, gdy widziały Kingę idącą pieszo.
— Wyjechał na zgrupowanie — odpowiadała z uśmiechem.
Oświadczyny zaskoczył ją w samym środku rynku, klękając na jedno kolano i podając aksamitne pudełko z pierścionkiem — oczywiście z małym diamentem. Jak w filmie.
Obok zatrzymał się radiowóz i prawie trafili na komisariat za zakłócanie porządku.
Kinga żałowała tylko jednego — że żadna z koleżanek tego nie widziała, że nie można było tego powtórzyć, jak nagranie.
W urzędzie stanęła w obłoku koronek, olśniewająco piękna i szalenie szczęśliwa. A obok on — sportowiec, przystojniak, zwycięzca. Od jego mięśni marynarka zaraz pęknie. O czym jeszcze można marzyć?
Z wesela świeżo upieczony mąż zabrał młodą żonę do swojego mieszkania.
Po miesiącu Kinga zrozumiała, że jest w ciąży. A tak nie w porę. A co ze studiami?
— Myśl o synu. Później skończysz, jeśli zechcesz. Siedzisz w domu. Pieniędzy nie zabraknie, dobrze zarabiam — powiedział Marek.
— A jeśli będzie dziewczynka? — spytała Kinga.
— Będzie syn. Jestem zwycięzcą, pamiętasz?
Kinga urodziła syna. Gratulacje i prezenty minęły. Marek chodził na treningi, jeździł na zawody i zgrupowania, a ona siedziała w domu z dzieckiem. Gdzieś się podziały wszystkie koleżanki. Mama napomknęła, że będzie dzwonić, ale przyjeżdżać… Zięć nie życzy sobie jej ingerencji w ich życie.
Nie żeby Kinga się tym przejmowała, ale szczęście czuje się pełniej, gdy są świadkowie. A tak… nikt nie widzi, nuda. Kinga czuła się odizolowana jak trędowata. Powoli budziła się z pięknego snu.
Gdy synek podrósł, stało się nieco lżej. Kinga zaprowadzała go na zajęcia przygotowawcze do szkoły, głównie sportowe. Czekając na niego, rozmawiała z innymi matkami. Ciągle czuła obecność Marka, nawet gdy go nie było. Na ulicy się oglądała — wydawało jej się, że ktoś ją śledzi. Pewnego dnia powiedziała mu o tym.
— Masz paranoję. Nie mam czasu śledzić cię — odparł zirytowany.
— Marku, chcę wrócić do pracy, skończyć studia. Mam dość siedzenia w domu.
— Naprawdę? Tysiące kobiet marzy, by być na twoim miejscu. Chcesz się zabawiać, gdy ja zarabiam? — Jego ostry wzTomek czekał cierpliwie, a gdy w końcu Kinga odważyła się spojrzeć w przyszłość bez lęku, podał jej rękę – i tym razem nie była to róża, ale obietnica, że już nigdy nie będzie musiała uciekać.



