Rosa jeszcze nie osiadła na trawie, mgła powoli ustępowała na drugi brzeg rzeki, a słońce już wznosiło się nad ząbkowaną linią lasu.
Krzysztof stał na ganku, podziwiając piękno poranka i wdychając głęboko świeże powietrze. Za plecami usłyszał plusk bosych stóp. Kobieta w nocnej koszuli i narzuconej na ramiona chuście podeszła i stanęła obok.
— Cudownie tu! — Krzysztof nabrał pełną piersią powietrza. — Wracaj do domu, przeziębisz się — powiedział łagodnie, poprawiając chustę, która zsunęła się z zaokrąglonego, białego ramienia.
Kobieta natychmiast przytuliła się do niego, objęła jego rękę.
— Nie chce mi się od ciebie wyjeżdżać — Krzysztof mówił zdławionym od czułości głosem.
— To nie wyjeżdżaj. — Jej głos kusił, wabił jak śpiew syren. „Zostanę, ale co dalej?” Ta myśl otrzeźwiła Krzysztofa.
Gdyby wszystko było takie proste, już dawno by został. Ale dwadzieścia trzy lata życia z żoną nie da się wymazać, a dzieci… Kinga niemal oderwała się od domu, u narzeczonego nocuje częściej niż w domu, niedługo wychodzi za mąż. A Mateusz ma dopiero czternaście lat, najtrudniejszy wiek.
Kierowca ciężarówki wszędzie znajdzie pracę, ale tu raczej nie zarobi dużo. Teraz rzuca groszem, kupuje Jadwidze drogie prezenty. A gdy będzie zarabiał dwa, a może i trzy razy mniej, czy nadal będzie go kochała? Pytanie.
— Nie zaczynaj, Jadzia — machnął ręką Krzysztof.
— Dlaczego? Dzieci dorosły, czas pomyśleć o sobie. Sam mówiłeś, że z żoną żyjesz z przyzwyczajenia. — Jadwiga obrażona odsunęła się od niego.
— Ech, gdybym wcześniej wiedział, że cię spotkam… — Krzysztof głośno westchnął. — Nie gniewaj się. Czas jechać, i tak się u ciebie za długo zatrzymałem. — Chciał ją pocałować, ale odwróciła twarz. — Jadzia, muszę ruszać, jeśli chcę zdążyć przed wieczorem. Mam ładunek, umowę.
— Tylko obiecujesz. Przyjeżdżasz, mącisz w głowie, a potem śpieszysz się do żony. Mam dość samotności, zmęczyło mnie czekanie. Michał od dawna prosi mnie o rękę.
— Więc idź. — Krzysztof wzruszył ramionami.
Chciał coś jeszcze dodać, ale się rozmyślił. Powoli zszedł z ganku, skręcił za róg domu i ruszył ogrodem w stronę obwodnicy, gdzie na poboczu czekała ciężarówka. Zostawiał ją tam specjalnie, żeby nie hałasować rano.
Wgramolił się do kabiny. Zwykle Jadwiga odprowadzała go i żegnała pocałunkiem. Ale dziś nie wyszła, widocznie naprawdę się obraziła. Krzysztof ułożył się wygodniej, zatrzasnął drzwi. Zanim uruchomił silnik, wybrał numer żony. Przy Jadwidze wstydził się dzwonić. W słuchawce odpowiedział obojętny głos informujący, że telefon jest wyłączony… Brakowało też nieodebranych połączeń.
Schował telefon i zakręcił kluczyk, nasłuchując równomiernego warkotu silnika. W następnej chwili ciężarówka drgnęła, strząsając resztki snu, i powoli ruszyła, kołysząc się na nierównościach szutrówki. Krzysztof dał krótki sygnał na pożegnanie i dodał gazu.
Kobieta na ganku wzdrygnęła się, nasłuchując oddalającego się dźwięku, i wróciła do domu.
Z radia płynął aksamitny głos Męskiego Grania: *„Kochanie, kochanie, mój aniele ziemski…”* Krzysztof nucił pod nosem, myśląc o pozostawionej kobiecie. Ale wkrótce myśli przeskoczyły na dom: *„Co tam się dzieje? Drugi dzień nie mogę się dodzwonić. Jak wrócę, zrobię porządek…”*
A Joanna, żona Krzysztofa, w tej chwili ocknęła się z narkozy w szpitalnej sali i natychmiast wszystko sobie przypomniała…
***
Żyli razem ponad dwadzieścia lat, dokładnie dwadzieścia cztery. Mąż kierowca, zarabiał dobrze, rodzina mocno stąpała po ziemi, duże mieszkanie, dwoje dzieci. Kinga już dorosła, niedługo wyjdzie za mąż, skończyła szkołę fryzjerską, pracuje w salonie. Mateusz ma czternaście lat, marzy o marynarce.
I nagle ten telefon. Najpierw Joanna pomyślała, że to żart albo pomyłka.
— Dzień dobry, Joanno. Czeka pani na męża? A on się spóźnia… — głos był słodki, obleśny jak lukier.
— Co się stało? — Joanna przerwała nerwowo, od razu myśląc o wypadku. Droga daleka, różnie może się zdarzyć.
— Stało się. Jest u kochanki — zamruczał głos.
— Kto mówi? — krzyknęła w słuchawkę.
— A ty czekaj, czekaj… — w słuchawce rozległ się kobiecy śmiech.
Joanna odsunęła telefon od ucha i rozłączyła się. Ale śmiech wciąż brzmiał jej w uszach. Ogarnęła ją panika. Myśli plątały się, podsuwając raz obrazy wypadku, raz inną kobietę w ramionach męża. Kto inny mógł znać jej numer, wiedzieć, że Krzysztof jest w trasie? Tylko sama kochanka. Jak śmiała do niej dzwonić, śmiać się z niej!
Wybrała numer męża, ale natychmiast się rozmyśliła. A jeśli akurat prowadzi? Co mu powie? Nie może go rozpraszać. Wróci, wtedy porozmawiają. Próbowała zająć się czymś, ale wszystko wypadało jej z rąk. W uszach wciąż dźwięczał ten mruczący głos i szyderczy śmiech.
Na domiar złego ani Kingi, ani Mateusza nie było w domu. Kinga gdzieś się włóczyła z chłopakiem, a Mateusz wczoraj wyprosił się do kolegi na urodziny.
Musiała się czymś zająć, żeby nie zwariować. Joanna przebrała się, wzięła torebkę i wyszła. Wstąpi do sklepu po majonez, cebulę i piwo dla Krzysztofa. W weekend lubił wypić butelkę. Jutro nie będzie czasu na zakupy, trzeba przygotować obiad. Krzysztof obiecał wrócić na kolację. *„A jeśli nie wróci?”* — spytał wewnętrzny głos, ale Joanna go uciszyła.
Postanowiła pójść do supermarketu, żeby się uspokoić. Ale droga była daleka, więc skręciła w przeuliczek. Z jednej strony ciągnął się betonowy mur, z drugiej — rząd przytulonych do siebie garażyJoanna spojrzała na Ivana, który trzymał w rękach ciepły obiad w pudełku, i po raz pierwszy od dawna poczuła, że może istnieć ktoś, dla kogo naprawdę jest ważna.



