**Dzisiaj w moim dzienniku…**
Wyszłam z biura i podeszłam do samochodu na parkingu. Maska i przednia szyba były pokryte cienką warstwą śniegu. Wsiadłam i od razu włączyłam ogrzewanie, żeby rozgrzać wychłodzone wnętrze. Potem wycieraczkami zmiotłam śnieżny pył ze szkła.
Włączyłam się w strumień samochodów, ale ruch był męcząco powolny — ciągłe światła, korki. Wydawało się, że połowa Warszawy postanowiła wyjechać właśnie teraz. Mijając centrum handlowe “Złote Tarasy”, postanowiłam skręcić i przeczekać godzinę szczytu, przy okazji rozejrzeć się za świątecznymi prezentami.
Parking był zapchany, ani jednego wolnego miejsca. Już żałowałam decyzji — lepiej było zostać w korku, gdzie choć powoli, ale się jechało. W lusterku błysnęły reflektory — duży SUV cofał się, ustępując mi miejsce.
W centrum tłok, gorąco, chaos. Rozpięłam płaszcz, rozluźniłam szalik i zaczęłam przeglądać półki. Oczy mrużyły się od migających lampek i kolorowych ozdób. Włożyłam do koszyka kilka bombek, srebrne renifery na choinkę, ręczniki z Mikołajem w eleganckim opakowaniu, kieliszki do szampana z życzeniami…
W domu się zastanowię, co komu dać. Dla mamy i męża kupię coś lepszego, ale dla znajomych te drobiazgi wystarczą. Stanęłam w kolejce do kasy. Zmęczona hałasem, marzyłam już tylko o świeżym powietrzu. Głupia decyzja — przyszłam w piątkowy wieczór. Mogłam przyjść rano, kiedy ludzie śpią…
Wreszcie moja kolej. Przy kasie z przerażeniem zobaczyłam, ile niepotrzebnych rzeczy wzięłam. No cóż, może się przydadzą.
Wyszłam, poprawiłam szalik, trzymając ostrożnie torbę, by nikt nie strącił prezentów.
— Agata!
Nie zareagowałam od razu.
— Kowalska!
Dopiero na nazwisko panieńskie zatrzymałam się. Ludzie wciąż przepychali się koło mnie. Odeszłam na bok, rozglądając się.
— Cześć, Agata.
Obejrzałam się — mężczyzna z brodą, w niewygodnie dużym ubraniu, czapce nasuniętej na czoło. Brakowało mu przedniego zęba. Już żałowałam, że się zatrzymałam.
— Nie poznajesz? — zaśmiał się. — Ja cię od razu poznałem. Wyglądasz świetnie.
Coś w jego głosie wydało mi się znajome, ale nie mogłam go przypomnieć.
— Chodziliśmy do jednej klasy — przypomniał.
— Kamil?! — wykrztusiłam. Chciałam zapytać, co go doprowadziło do takiego stanu, ale się zawstydziłam.
— No ja — uśmiechnął się szeroko, znów pokazując lukę w zębach. — Dużo się zmieniłem?
— Tak… — skinęłam głową. — Co się stało?
— Długa historia. Może usiądziemy? Tu jest kawiarnia. — Patrzył na mnie z nadzieją.
Nie mogłam uwierzyć, że to on. Kamil, przez którego w szkole płakałam. Teraz wstydziłam się stać obok niego.
— Przepraszam, muszę iść — powiedziałam, odwracając wzrok.
— Tylko na chwilę — zgodziłam się w końcu, bardziej z ciekawości niż chęci rozmowy.
Kamil ucieszył się, prowadząc mnie między stolikami. W kawiarni było pełno, tylko w najciemniejszym kącie wolne miejsce.
Kelner przyniósł menu. Kamil przejrzał je łapczywie. Zamówiłam tylko kawę. On — pełny obiad.
— Pracuję tu — przyznał, gdy kelner odszedł. — Jako sprzątacz.
— Zostałaś lekarzem, tak jak chciałaś? — zapytał.
— Pamiętasz? — zdziwiłam się. — Tak, endokrynologiem.
— Kupiłaś prezenty mężowi? — spojrzał na mój pakunek.
— A ty jesteś żonaty? — uniknęłam odpowiedzi.
— Byłem. Z Kasią. Wiesz, ta z klasy. Okazała się… trudna. Przez nią skończyłem tak. — Zacisnął dłonie. — Wiesz, ty mi się podobałaś.
*Mi też* — pomyślałam.
Kelner przyniósł zamówienie. Kamil jadł szybko, ja ledwie dotknęłam kawy. Opowiedział o rozwodzie, długach, utracie pracy. O ojcu, który zmarł po jego upadku.
— Mogłeś walczyć — powiedziałam.
— Piłem. Teraz wstydzę się przed matką…
Zapłaciłam za niego, choć protestował.
— Muszę już iść. Cieszę się, że cię widziałam. — Wstałam, uciekając od tego wspomnienia.
— Agata, nie martw się o mnie. Jest okay.
Nie odwróciłam się. W samochodzie zamrugałam światłami na pożegnanie.
W domu mąż zauważył mój smutek.
— Spotkałam Kamila — wyznałam.
— Słabeusz — skwitował. — Mógł się podnieść.
— Możesz mu dać pracę?
— Dla ciebie — pocałował mnie w policzek.
W wigilię wróciłam do centrum.
— Gdzie jest Kamil? — spytałam ochroniarza.
— Zniknął. Miesiąc temu.
— I nikt go nie szuka?
— Tysiące takich na ulicach.
Zostawiłam wizytówkę.
— Przekaż, jeśli wróci.
Nie zadzwonił.
Raz na ulicy krzyknęłam do podobnego mężczyzny. Obrócił się — to nie był on.
Wolę myśleć, że odnalazł drogę. Ale dlaczego nie dał znaku życia?



