Tego mi tylko brakowało…
Krystyna żyła sama. Dzieci z mężem nie mieli – początkowo starali się, potem myśleli o adopcji. To ona chciała, on był obojętny. Może zwlekała z decyzją zbyt długo, rozważała, a czas uciekał. Po czterech dekadach sama zrezygnowała. Bała się.
Mąż uwielbiał turystykę – wędrówki z plecakiem, namioty, gitarę przy ognisku. Grał dobrze, lubił towarzystwo, imprezy.
Młoda Krystyna też tak żyła. Z czasem jednak zmęczyła się – te weekendy w deszczu, powroty w niedzielę wieczorem, by w poniedziałek iść do pracy z pogryzioną przez komary skórą i zniszczonymi paznokciami. Marzyła o ciepłej kąpieli, a nie myciu się w lodowatej rzece. O toalecie, a nie kucaniu w krzakach.
Nawet przygody męczą, gdy jest ich za wiele. Plecy bolały, stawy skrzypiały. Przestała z nim chodzić.
Związany solidarnością, opuścił kilka wypraw. Widziała jednak, jak się męczy. Namówiła go, by szedł bez niej. Ucieszył się.
— Po co puszczać faceta samego? Zaraz jakaś go przygarnie. Mógłby się uspokoić z czasem — strofowała ją przyjaciółka.
— Gdyby miał się dać przygarnąć, zrobiłby to dawno.
— Głupio myślisz. Facet w każdym wieku ma kurs — pokiwała głową.
— I co? Mam się męczyć, żeby nie zdradził? Nie. Jeśli zechce, zrobi to i w domu. Nie trzeba na to wypraw. Poza tym, mamy swoją paczkę.
— No tak, no tak — mruknęła przyjaciółka.
Mąż przestał ją zapraszać. Oddalali się od siebie. Brakowało wspólnych tematów. Nic jednak nie wskazywało na zdradę.
Aż pewnego dnia wrócił zamyślony.
— Gdzie byliście tym razem? — spytała, podgrzewając zupę.
— Starym szlakiem, znasz go. Byli nowi.
— Zdjęcia pokażesz? — próbowała go rozgadać.
— Mówiłem, stara trasa — patrzył w talerz.
Udawała, że wierzy. Ale wiedziała – spełniło się to, o czym ostrzegała przyjaciółka.
Milczał trzy dni. W końcu wyznał:
— Przepraszam. Zakochałem się. Myślałem, że mnie to nie dotyczy.
— Od razu tak? — zdziwiła się.
— Szła zamiast ciebie. Była na kilku wyprawach. Nie wyobrażam sobie bez niej życia.
— Młoda?
Milczenie.
— Rozumiem. Co zamierzasz? Do niej się wyprowadzisz? — starała się zachować twarz.
— Ona też się rozwodzi. Ma syna. Nie ma gdzie mieszkać, nie przyprowadzę jej tu. Zamienimy mieszkanie? — podniósł wzrok.
— A czemu nie ona swoje?
— To mieszkanie męża. Jeśli się nie zgadzasz, to… nie wiem… — Zerwał się, nerwowo chodząc po pokoju.
Mieszkanie kupili wspólnie. Wszystko w niej się buntowało. W końcu zgodziła się, zastrzegając wybór nowego lokum. Ból przeszywał ją, gdy zobaczyła jego radość.
— Wiedziałam, że jesteś głupia, ale nie aż tak — przyjaciółka pokręciła palcem przy skroni.
— Masz rację. Ale tam jest dziecko. Ono nie winne. Nie jestem potworem. Po co mi duże mieszkanie?
Trafiła na jasne kawalerki w tej samej dzielnicy, niedaleko pracy, po remoncie. Mieszkaniem męża się nie interesowała. Po co?
Została sama. Bez męża, bez dzieci. Przyzwyczai się.
Pewnego wieczora zadzwonił telefon. Brat. Dzwonił rzadko – ostatnio, gdy umarł ojciec.
Krystyna przyjechała do miasta z małej wsi. Mieszkała w akademiku, potem wyszła za mąż… Dla rodziny była bogata. Mieszkanie, praca – oczywiście, bogata. Oczekiwali drogich prezentów. Z początku jeździła często, ale te spojrzenia, rozmowy o „dobrym” życiu… Jak wytłumaczyć, że mieszkanie to nie luksus, a konieczność?
Dla rodziców brat był oczkiem w głowie. Syn, następca. Ona czuła się obca. Przestała przyjeżdżać. Potem mąż zaczął jeździć na wyprawy – nie było czasu.
Ojciec zmarł dekadę temu. Wtedy ostatni raz była w rodzinnych stronach.
Nie spodziewała się niczego dobrego po tym telefonie.
— Jacek? Co się stało? — spytała, przygotowana na złe wieści. — Mama?..
— Nie, żyje. Choć mocno choruje. Nie wychodzi. Rozumiesz, wiek. Przyjedź, co?
— Nie mogę teraz. Najwcześniej za miesiąc.
Cieszyła się, że z matką wszystko w porządku.
— Słuchaj… — zawahał się. — Magda zostawiła mnie — w końcu wyrzucił z siebie. — Powiedziała, że ma dość opieki nad matką, że żyjemy na dwa domy. Zabrała chłopaków i poszła. A ja? Jestem facetem. Nie umiem prowadzić domu. Pracuję. Matka nie pomoże, sama wymaga opieki.
Mieszka teraz z inną. Czeka dziecko. Nie mogę jej obarczać matką. Zabierz ją do siebie.
— Kogo? — nie zrozumiała od razu.
— Matkę, nie Magdę.
— A Magda…
— Moja kobieta. Nie jesteśmy oficjalnie…
„Widocznie szczęśliwy. W głosie ma uśmiech”, pomyślała.
— Gdzie ja ją ulokuję? Mam maleńkie mieszkanie.
— To dobrze. Będzie wam raźniej. Emerytura też. Matka nie lubi Magdy. Przyjedź, zabierz ją. Samotnie tu zginie.
Choć się opierała, wiedziała, że matkę będzie musiała zabrać. Wzięła urlop i pojechała. Matka zawsze chwaliła syna, a teraz on chce się jej pozbyć. Cóż, matka to matka.
Poznała Krystynę, choć bez entuzjazmu. Postarzała się, zmalała. Zgodziła się jechać. Krystyna zobaczyła brata – pił. Nie bez powodu żona uciekła.
Nie zabrała ze sobą nic – wszystko stare. Brat nie dbał o matkę. Kupował ubrania, czasem coś oddał. Jacek odprowadził je na pociąg, pomachał. Nie zadzwonił potem ani razu.
Gdy przywiozła matkę, zrozumiała błąd. Powinna wcześniej kupić drugą kanapę. Miała jedną, wybraną starannie – bolący kręgosłup wymagał dobrego snu. Przetrwały tę noc, a następnego dnia zamówiła nową.
Zapłaciła więcej, by przywieźli ją tego samego dnia. Przestawiła swoją, pod okno postawiła nową – matka lubiła patrzeć na ulicę.
Matka ledwo chodziła, ale lepiej by było, gdyby leżała. Rozlewała— Krystyno, to ja… przepraszam — szepnął głos w słuchawce, a ona poczuła, jak całe jej życie znów staje na krawędzi, gdy w tle usłyszała płacz dziecka.



