— Kamil, źle skręciłeś. Powinniśmy jechać dalej — krzyknęła Zosia, nerwowo zaciskając palce na kolanach.
— Nie, dobrze skręciłem — odparł spokojnie, wjeżdżając głębiej w las wąską, zarastającą drogą.
— Tu miała być polana. Nie ma jej. — Zosia rozglądała się, w głosie rosło napięcie. — Zawróćmy i jedźmy dalej. Słyszysz? Zatrzymaj się!
Kamil ignorował ją, wbijając wzrok w przód. Zosia widziała, że i tak zrozumiał błąd. Droga zwężała się, trawa przebijała się przez koleiny. Dojazd do domków powinien być wyraźny. A oni zagłębiali się w las.
— Zatrzymaj się! — warknęła, uderzając dłoniem w deskę rozdzielczą. — Słyszysz mnie?!
— Gdzie mam się zatrzymać? Nawet nie zawrócę. Szukam wolnego miejsca…
— Bo trzeba było zawrócić od razu. Zawsze musisz mieć rację. Uparty jak osioł. — Złożyła ramiona, wbijając wzrok w szybę. *Nigdy nie przyzna się do błędu. Dlaczego to takie trudne?*
Gałęzie drapały po karoserii, żółte liście sypały się na maskę. W końcu zatrzymał samochód. W środku zapadła ciężka cisza.
— Od razu nie mogłeś? Przez twoje upieranie się jesteśmy w środku niczego. Dobrze, że nie w bagnie.
— Ile razy mówiłem — nie doradzaj mi, gdy prowadzę — warknął.
Zosia skrzywiła się. Kamil przekręcił kluczyk, ostrożnie cofając. Wstrzymała oddech, śledząc w lusterku, czy nie uderzą w drzewo. Cofali się wolno, kilka razy o mało nie utknęli. W końcu wrócili na szosę.
— Od razu nie mogłeś zawrócić? — mruknęła, ale już spokojniej. Gniew minął, gdy tylko wyjechali z lasu.
— A ty musisz zawsze mieć rację? Nawet nie widzisz, jak ciągle mnie pouczasz. Myślisz, że to przyjemne? — teraz w jego głosie było wyraźne rozdrażnienie.
— O co ci chodzi, Kamil? Nie zatrzymałeś się, żeby mi dokuczyć? I co, ulżyło? Tylko pogorszyłeś sprawę. Jedziemy czy stoimy? Straciliśmy mnóstwo czasu przez twój upór. — W głowie już pulsował ból.
Ostatnio często się kłócili. To zwykłe tarcie, czy uczucia ostygły? Różowe okulary opadły, widzieli się bez złudzeń. Kłótnie wybuchały o drobiazgi. A życie składa się właśnie z nich.
— Znowu rozkazujesz. Nawet nie zauważasz — rzucił.
— Nie rozkazuję. Dobrze, więc stójmy. Już nie chcę nigdzie jechać. — Oparła głowę, zamykając oczy.
A zaczęło się tak pięknie. Poznali się na plaży w Sopocie. Koleżanka odeszła, a Zosia, spalona słońcem, podeszła do opalonego chłopaka. *”Pomożesz posmarować plecy?”*
Uśmiechnął się, biorąc krem. Gdy dotknął jej skóry, przeszły ją ciarki. Później wyznała, że to wtedy się zakochała.
Topniała w jego dotyku. Potem były spacery, pierwszy pocałunek. Miesiąc później, mimo awantur rodziców, wprowadziła się do niego. Wydawało się, że tak już zostanie.
Ale idealnych ludzi nie ma. Zaczęli widzieć w sobie wady. Teraz ta jazda…
Zosia od początku nie chciała jechać. U znajomych Kamila czuła się obco. A on milczał, nerwowo wiercąc palcami w kierownicy.
— Przestań stukać — powiedziała.
Otworzył oczy, ale nie odpowiedział. W końcu ruszyli.
— No, pokazuj ten zjazd, mądralo — rzucił po chwili.
Otworzyła oczy. — Chyba przejechaliśmy.
— Tylko nie mów, że to moja wina. Mogłaś pilnować. Gdzie teraz?
— Zatrzymaj się.
Tym razem posłuchał. Obok przeleciało auto, trąbiąc.
— Wracajmy — powiedziała nagle.
— Co? — zdziwił się.
— Nie podoba mi się to.
— Kobiece humory. Jesteśmy prawie na miejscu, a ty zawracać? — Zosia już wysiadała, zatrzaskując drzwi. — Gdzie idziesz?!
— Nie pojadę. Nie chcę się kłócić. Jedź sam, znajomi czekają.
— Zosia, wracaj! — krzyknął, wysiadając. — Niebezpiecznie tu!
— Łap autobus. — Wyrwała rękę.
— Wsiadaj. Ostatni raz proszę. — Jego głos był zimny.
Milczała.
— Jak chcesz. — Wsiadł, odjechał.
Nie wierzyła, że zostawi ją na szosie. Ale auto zniknęło za zakrętem. Czekała, licząc, że wróci. Nie wrócił.
Zaczęło mżyć. Zatrzymała się, wyciągając kciuk. Kiedy jakiś samochód stanął, odwróciła się. Nie był to Kamil. Za kierownicą obcy mężczyzna, obok jeszcze jeden.
— Czekam na męża — skłamała, odsuwając się. Szła dalej, drżąc z zimna i strachu.
Kolejny samochód. Kobieta w średnim wieku. — Wsiadaj, całkiem mokra!
Zosia wsiadła. Kobieta, Marta, zawiozła ją do domu. Opowiedziała o synku z porażeniem mózgowym, o mężu, który je zostawił.
— Twój chłopak to dureń — powiedziała. — Ale pogodzicie się. Macie dziecko.
W domu Zosia zdrzemnęła się, aż obudziły ją pocałunki Kamila.
— Przepraszam, jestem idiotą — szlochał. — Stara baba powiedziała mi… że w tobie nowe życie. To prawda?
Przytuliła go, płacząc.
— Obiecuję, nigdy więcej — szeptał.
Urodził się zdrowy chłopczyk. Pobrali się. Czasem się kłócili. Ale zawsze znajdowali sposób, by się pogodzić.



