Pasmo różu na horyzoncie zwiastowało nadchodzący świt. W przedziale wagonu wszyscy spali, tylko Dominik czuwał, obserwując narodziny nowego dnia. Leżał na górnej półce, wpatrując się przez okno. Coraz częściej migały wsie i stacje z opustoszałymi peronami. Czyżby już niedługo miał być w domu?
Drzwi przedziału uchyliły się, weszła konduktorka.
“Za pół godziny wasza stacja. Postój dwie minuty” – powiedziała i przymknęła drzwi.
Dominik słyszał, jak budziła kogoś w sąsiednim przedziale. Znów spojrzał w okno, ale urok wschodu słońca już minął. Usiadł, potem zręcznie zeskoczył na dół. Mężczyzna na dolnej półce westchnął i odwrócił się do ściany.
Dominik wziął ręcznik i wyszedł do korytarza. W większości przedziałów drzwi były uchylone – duszno. W niektórych pasażerowie też już wstawali.
Toaleta była zajęta. Dominik odwrócił się do okna. Nie był w domu od czterech lat. Nikt go nie oczekiwał, bo nikt nie wiedział, że przyjedzie. Postanowił zrobić niespodziankę, ale teraz żałował. Sam był zdenerwowany, nie spał całą noc. A co będzie z mamą, gdy zobaczy go na progu?
Po śmierci ojca często chorowała. Zbyt duża radość mogła jej zaszkodzić tak samo jak smutek. Powinien chociaż Krzysiowi zadzwonić, uprzedzić. On by przygotował mamę.
Wrócił do przedziału, ubrał się, wziął plecak. Przed wyjściem rozejrzał się – czy niczego nie zapomniał. Stanął przy oknie w korytarzu, czekając na swoją stację.
Krzysztof. Mama zawsze nazywała go tylko tak. Po śmierci ojca zajął jego miejsce w rodzinie. Przyzwyczajona do radzenia się we wszystkim męża, teraz tak samo radziła się najstarszego syna. Była dumna z tego rozsądnego, poważnego pierworodnego.
A Dominik zawsze był Dominkiem, młodszym, urwisem, psotnikiem. Czasem wydawało mu się, że mama kocha Krzysia bardziej niż jego. Za to ojciec wolał Dominika.
“W kogo ty taki?” – dziwiła się mama, widząc uwagi o złym zachowaniu w jego dzienniczku.
“W rodzinie musi być choć jeden wariacik. Jak w bajce. Poczekaj, przyjdzie czas, że i ze mną będziesz dumna” – przechwalał się Dominik.
Mama tylko wzdychała.
Krzysztof skończył szkołę ze złotym medalem, bez problemu dostał się na ekonomię. Uczył się świetnie, mama była z niego dumna i stawiała go za przykład Dominikowi. A ten wolał grać w piłkę, chodzić do kina i czytać książki o piratach, marząc o podróżach.
Dominika irytowało uwielbienie matki dla starszego brata. Gdy mama chwaliła Krzysia, stawiała go za wzór, Dominik z buntu robił wszystko na opak, jeszcze gorzej. Był sobą i nie zamierzał naśladować brata, choć doceniał jego rozum.
Gdy Krzysztof skończył studia, Dominik zdawał maturę. Różnili się nawet wyglądem. Krzysztof podobny do mamy – jasnowłosy, niebieskooki, o delikatnych rysach. Dominik – ciemnowłosy, z niesforną czupryną i bursztynowymi oczami, jak u kota. Mama w dzieciństwie nazywała go kotkiem. A Krzysia? Dominik nie mógł sobie przypomnieć. Pewnie od zawsze wołała go po imieniu.
I oczywiście miał iść na studia, jak brat. Dominik oszukał – nie złożył dokumentów, potem skłamał, że brakło punktów.
“Choć do technikum byś poszedł, może zdążysz. A tak to wojsko cię złapie” – wzdychała mama.
Dominik poszedł do wojska. Najpierw było ciężko, potem się wciągnął, znalazł przyjaciół. Z jednym nawet wyjechał po służbie na budowę do Norwegii. Zadzwonił do mamy, powiedział, że chce popracować. Mama płakała, błagała, by wrócił. Dzwonił i krzyczał Krzysztof. Ale Dominik postawił na swoim.
Dlaczego miał iść śladami brata? Nawet ubrania zawsze nosił po nim. Krzysztof nie grał w piłkę, nie darł spodni. Po co Dominikowi nowe, skoro po bracie było pełno? Miało tego dość. Miał swoje życie. Niech Krzysztof pracuje w biurze, on woli robotę ręczną. Udowodni, że też coś znaczy. Gdyby żył tata, na pewno by go poparł.
Do domu dzwonił rzadko, mówił, że wszystko gra, ale przyjechać nie może, bez niego tam się nie obejdą. Po czterech latach pierwszy raz jechał do domu. Dopiero teraz Dominik zrozumiał, jak tęsknił za mamą i Krzysiem.
Zarobił na mieszkanie, urządził je, nie wstyd pokazać narzeczonej. Tylko z dziewczynami nie miał szczęścia. Zakochał się w księgowej Oli, a ta okazała się mężatką. Żeby o niej zapomnieć, wziął urlop i pojechał do domu.
Za oknem już widać było wieżowce dużego miasta. Dominik wyszedł do przedziału. Pociąg zwolnił, w końcu zatrzymał się. Konduktorka otworzyła drzwi. Wyszedł na peron, poprawił plecak na ramieniu i ruszył lekkim krokiem w stronę miasta.
Słońce już wzeszło, zapowiadał się upalny dzień. Dominik szedł ulicami rodzinnego miasta, wdychając zapachy dzieciństwa i rozglądając się na boki. Wyobrażał sobie, jak wkroczy. Krzysztof pewnie jeszcze w domu, nie poszedł do pracy. Mama otworzy drzwi, krzyknie, rzuci mu się w objęcia… Jak on za nią tęsknił!
Oto i klatka. Długo stał przed drzwiami mieszkania, w końcu nacisnął dzwonek. Już miał powtórzyć, gdy zaskoczył zamek. Zmęczona mama, mrużąca oczy po śnie, w narzuconym na nocną koszulę szlafroku.
W końcu go poznała, krzyknęła i zaczęła osuwać się na podłogę, opierając się o framugę. Dominik złapał ją, wciągnął do środka i posadził na kanapie. Mama gładziła go po twarzy, oglądając przez łzy.
“Dominik, czemu nie napisałeś, nie zadzwoniłeś?”
“Przepraszam, mamo, chciałem niespodziankę zrobić.”
“Zmieniłeś się, dojrzałeś. Na stałe? Ojej, co ja mówię! Przecież jesteś po podróży. Zaraz zagotuję wodę” – wyszła do kuchni, a Dominik poszedł do przedpokoju, zamknął drzwi, zdjął buty i wziął plecak z prezentami. W domu!
Na kuchennym stole już stał talerz z jego ulubOna uśmiechnęła się, patrząc, jak Dominik z apetytem zajada jajecznicę z pomidorami, myśląc, że choć życie płata figle, czasem jednak układa się tak, jak powinno.



