Sofa „Marzenie”
Marcin i Weronika byli razem już dwa lata. Weronika zostawała u Marcina, kiedy jego mama wyjeżdżała na działkę lub do przyjaciółki do Gdańska. Czekali i cenili te ulotne chwile. Ale lato się skończyło. Wrzesień jeszcze rozpieszczał słoneczną pogodą, lecz deszcz wisiał w powietrzu. Mama przestała wyjeżdżać na weekendy. Pozostawało czekać, aż pojedzie do Gdańska. Ale to nie zdarzało się często.
Zakochani posmutnieli.
— Marcin, czy ty mnie kochasz? Nie chcesz być ze mną na dobre i na złe? — Weronika delikatnie zasugerowała, że czas pomyśleć o ślubie.
Stali pod jej domem i od pół godziny nie mogli się rozstać.
— Skąd ci to przyszło do głowy? — Marcin odsunął się i zajrzał Weronice w oczy. — Poszedłbym z tobą do USC nawet teraz, ale gdzie będziemy żyć? Wynajem to dla mnie za dużo, ty jeszcze rok studiujesz. Chyba że zgodzisz się mieszkać z moją mamą. U twoich rodziców też nie ma miejsca. Musicie w ciasnocie. Poczekajmy. Jak skończysz studia…
— Ale ja nie wytrzymam już tak się z tobą żegnać codziennie, czekać, aż twoja mama gdzieś wyjedzie. Rodzice pytają, dlaczego nie oświadczysz się. — Weronika nabrała powietrza, lecz zamiast westchnienia, wydusiła łkanie.
— Weroniu, obiecuję, coś wymyślę. Kocham cię nad życie.
— Ja ciebie też — odparła cicho.
— Dobrze. Chodź — powiedział stanowczo Marcin i złapał ją za rękę.
— Dokąd?
— Do ciebie. Poproszę rodziców o twoją rękę. Chyba że zmieniłaś zdanie?
— Chodźmy! — zawołała radośnie.
Tak, trzymając się za ręce, weszli do mieszkania Weroniki.
— Wchodźcie, młodzi — powiedziała mama, serdecznie witając ich.
Na kuchennym stole stały już cztery filiżanki i wazonik z ciasteczkami, jakby na nich czekano.
— Widziałam was przez okno. Pół godziny się żegnaliście — uśmiechnęła się, zauważając, jak córka szeroko otwiera oczy. — Dość włóczenia się po ulicach. Zima nadchodzi. Kim jesteście, wiemy. — Przy tych słowach Weronika spuściła wzrok. — Ja i ojciec nie mamy nic przeciwko waszemu ślubowi.
— Do siebie was nie ściągniemy. Rozumiemy, że nie chcecie z rodzicami. W pracy kolega sprzedaje kawalerkę. Od razu pomyślałem o was — dorzucił ojciec.
— Dzięki, tato! — Weronika klasnęła w dłonie.
— Nie ciesz się za wcześnie. Marcin się jakby naburmuszył.
Marcin spojrzał prosto w oczy teściowi.
— Nie jesteście bogaci. Wstyd przyjmować od was takie prezenty. Jestem zdrowym chłopakiem, sam zarobię na mieszkanie.
— Co za wstyd? Kupimy, nie ukradniemy — odparł ojciec, lekko urażony. — Komu mamy pomagać, jeśli nie dzieciom? Ja dostałem to mieszkanie po rodzicach. Teraz nasza kolej, by wam pomóc. Wstyd mu. Zarobicie, kupicie większe, a na razie pomieszkajcie. I nie dla ciebie je kupuję, tylko dla córki, by była szczęśliwa. A szczęśliwa jest z tobą.
Weronika ścisnęła dłoń Marcina pod stołem — „nie sprzeciwiaj się, zrób to dla mnie”.
— Dziękuję — wymamrotał bez entuzjazmu.
Do ślubu zostało mniej niż tydzień. Suknia uszyta, zaproszenia rozesłane, restauracja zarezerwowana.
— Marcin, w naszym mieszkaniu nie ma sofy. Na czym będziemy spać? Na podłodze? — Weronika już nazywała je „naszym”.
— Nie ma mowy. Kupimy.
— Kiedy? — spytała logicznie.
Poszli do meblowego. Przeszli cały dział, testując fotele różnej wielkości i kolorów. Weronika siadała, zamykała oczy, wsłuchując się w odczucia. W końcu spodobała jej się jedna — skromna, lecz wygodna.
— Świetny wybór, młodzi — odezwała się sprzedażOboje wiedzieli, że to dopiero początek ich wspólnej drogi, ale teraz, trzymając się za ręce na ukochanym sofie “Marzenie”, czuli, że wszystko będzie dobrze.



