**Prowadzona przez serce**
Wychodząc z biura, Weronika zobaczyła, że podjechała winda i ludzie zaczęli się do niej wciskać.
— Zaczekajcie! — krzyknęła i ruszyła biegiem.
Pod koniec dnia pracy, tak jak rano, trudno było złapać windę. Weronika wpadła do kabiny w ostatniej chwili, przepychając innych. Musiała przycisnąć się do klatki piersiowej stojącego przed nią mężczyzny, żeby drzwi za jej plecami się zamknęły.
— Przepraszam — powiedziała, odwracając głowę, bo inaczej jego podbródek dotykałby jej czoła. Pachniał przyjemnie wodą toaletową.
— Nic się nie stało.
Tak stali do parteru, ściśnięci jak sardynki.
W końcu winda się zatrzymała, a drzwi otworzyły. Weronika wysunęła się tyłem. Mężczyzna chwycił ją za rękę, żeby nie potknęła się, i pociągnął na bok, z dala od wychodzących ludzi. Było to jak taniec. Nie zdążyła nawet podziękować, gdy obok niej pojawiła się przyjaciółka, Kinga.
— Do domu? Podwiozę cię.
Weronika odwróciła się do niej, nie mając nawet czasu, by dobrze się mężczyźnie przyjrzeć.
— Nie, przejdę się, odetchnę trochę.
Wyszły na ulicę. Mżył drobny deszcz, ludzie mijali ich z parasolami.
— Leje. Poczekaj tu, podjadę po ciebie.
— Kinga, dzięki, ale wolę iść pieszo. — Weronika wyciągnęła z torebki parasolkę.
— No to jak chcesz — odparła Kinga, patrząc na nią z podejrzliwością.
Weronika się pożegnała, rozłożyła parasolkę i wmieszała się w tłum współpracowników spieszących do domów. Nie chciało jej się wracać, szczerze mówiąc.
Parasol przeszkadzał w myślach, trzeba było uważać, by nie zahaczyć przechodniów. W końcu zamknęła go i schowała. Na drzewach i krzewach pęczniały pąki, miejscami pojawiały się już pierwsze liście. Ten moment, gdy natura budzi się do życia, jest tak ulotny, że chciała go zapamiętać.
Szła i rozmyślała, jak to możliwe, że znowu się pomyliła — nie tam, gdzie trzeba, i nie z tym, z kim trzeba? Nie chodziło o miejsce, ale o związek. Mieszkała w mieszkaniu po babci. Nie musiała spłacać kredytu, a jednak właśnie to przyciągało niewłaściwych mężczyzn. Zbyt późno to zrozumiała.
Dlatego wlokła się teraz ulicą, byle tylko nie wracać do domu, gdzie czekał na nią Marcin. A właściwie nie na nią, tylko na obiad, który mu przygotuje. A przecież wszystko zaczęło się tak pięknie…
***
Z mamą żyły we dwójkę. Tata odszedł, gdy Weronika miała dziewięć lat. Gdy chodziła do liceum, mama wyszła ponownie za mąż. W mieszkaniu pojawił się obcy mężczyzna, a Weronika przywykła chodzić po domu w krótkich spodenkach i topie. Mama zwróciła jej uwagę, że nie wypada tak się pokazywać przed dorosłym mężczyzną, i poprosiła, by ubierała się bardziej przyzwoicie. Weronika i tak się krępowała, teraz zaś prawie w ogóle nie wychodziła ze swojego pokoju. Problem rozwiązała babcia, proponując, by wnuczka zamieszkała u niej, żeby „młodzi” mogli się oswoić. Wszyscy się na to zgodzili.
Weronika była na pierwszym roku studiów, gdy babcia zmarła i została sama. Na uczelni podobał się jej Jakub. Dziewczyny kręciły się wokół niego jak muchy. Szanse, by sportowiec i przystojniak zauważył Weronikę, były nikłe. Aż pewnego dnia na wykładzie usiadł obok niej, a potem odprowadził do domu.
Po miesiącu już u niej mieszkał. Mama próbowała tłumaczyć córce, że nic dobrego z tego nie wyjdzie, ale Weronika nie chciała słuchać. Sama nie wtrącała się do życia matki, więc i ona nie powinna. Jest dorosła, kocha, będzie dobrze. Pokłóciły się.
Prawie dwa lata żyli z Jakubem niemal jak małżeństwo. Studia dobiegały końca, zostawała tylko obrona dyplomu. Weronika była pewna, że Jakub jej się oświadczy, że się pobiorą. Ale obrona minęła, dyplomy odebrane i oblane, a oświadczyn nie było. Co więcej, Jakub oznajmił, że wyjeżdża.
— Do domu? — spytała. — Kiedy wrócisz?
— Nie wrócę. Najpierw do rodzinnego miasta, potem do Warszawy. Mam tam wujka, zaoferował mi pracę.
— A ja?
— Werka, nie rób scen. Było nam dobrze, prawda? Dzięki, że mnie przygarnęłaś, oszczędziłaś życia w akademiku. Ale muszę iść dalej. Nie chcę się teraz żenić. Chcę budować karierę, kupić mieszkanie w Warszawie, podróżować, zobaczyć świat. Przecież nic ci nie obiecywałem, czyż nie?
— Moglibyśmy pojechać razem…
— Nie moglibyśmy…
Mówił, a ona patrzyła na niego i rozumiała, że wcale go nie zna. Płakała, mówiła o miłości, prosiła, by został.
— Nie kocham cię. Było wygodnie. Jesteś dobrą dziewczyną, znajdziesz porządnego faceta, wyjdziesz za mąż, urodzisz dzieci. Ale takie życie nie jest dla mnie, przynajmniej na razie. Dziękuję ci, ale nasze drogi się rozchodzą. Wybacz.
Odszedł, a Weronika trzy dni płakała w poduszkę. Przyjechała mama. Nie wypominała, że ostrzegała, tylko przytuliła i pocieszyła. Najgorsze było to, że Jakub nigdy jej nie kochał, tylko wykorzystywał — i ją, i mieszkanie. Ale przynajmniej przez to pogodziły się z matką.
***
Weronika długo dochodziła do siebie po nieudanym związku, nie umawiała się z nikim. W pracy większość zespołu stanowiły kobiety.
Na przystanku często widywała pewnego chłopaka. Wsiadali do tego samego autobusu, jechali razem kilka przystanków. Z czasem zaczęli się do siebie uśmiechać, witać jak starzy znajomi, nawet zamieniali kilka słów. Lubiła te nieskomplikowane rozmowy. Nic o sobie nie wiedzieli, a jednak nie byli sobie obcy. Rano spieszyła się na autobus, zastanawiając się, czy go spotka. Serce biło radośnie, gdy widziała jego uśmiech.
Aż nagle zniknął. Weronika wypatrywała go każdego ranka. Czasem celowo przegapiała swój autobus, myśląc, że może się spóźnia. Ale już się nie pojawił.
Pewnego dnia wysiadła, przeszła przez ulicę i nagle go zobaczyła. Serce znów zabiło mocniej. A już myślała, że go więcej nie spotka.
— Dawno pana nie widziałam. Chor— Dawno pana nie widziałam. Chorował pan? — zapytała Weronika, a on, uśmiechając się ciepło, odparł: — Nie, wyjechałem do Krakowa, ale teraz wróciłem — i w jego oczach dostrzegła nadzieję, której sama nie potrafiła jeszcze wyrazić.



