Wydaje mi się, że wcale się nie rozstaliśmy…
Każdego dnia Weronika wracała do domu z nadzieją, że Krzysiek wróci. Wiedziała, że nie ma kluczy – zostawił je, gdy odchodził. Mimo to wciąż miała w głowie obraz jego butów stojących w przedpokoju. Tym razem cud się nie zdarzył.
Żyli razem dwa lata. Wypełnił pustkę po śmierci mamy. Po co w ogóle zaczęła tę rozmowę? Od początku nie było między nimi namiętności. Po prostu było im dobrze. Ale Krzysiek nie mówił o przyszłości, o ich przyszłości.
— A co dalej? — spytała kiedyś Weronika.
— Chodzi ci o pieczątkę w dowodzie? Co by to zmieniło?
— Dla kobiety to ważne. Jeśli dla ciebie nie, to może się rozejdziemy? — powiedziała półżartem, chcąc go podpuścić, zmusić do decyzji.
— W takim razie się rozejdźmy — nagle odparł i wyszedł.
Minął tydzień, a ona wciąż czekała. Zadzwonić? Poprosić, by wrócił? Ale skoro odszedł tak łatwo, znaczy, że nigdy nie kochał.
Pojawił się w jej życiu akurat wtedy, gdy została sama. Dwa lata temu kierowca vana dostał zawału, stracił panowanie nad autem i wjechał w przystanek. Mama i jeszcze jedna kobieta zginęły na miejscu, reszta miała więcej szczęścia, przeżyła. Kierowca zmarł w szpitalu, gdy dowiedział się, co zrobił. Rozległy zawał.
Wiadomość podali we wszystkich serwisach. Po pogrzebie Weronika chodziła jak we mgle. O mało nie wpadła pod auto Krzyśka. Zdążył zahamować, wysiadł, zaczynał krzyczeć, ale gdy spojrzał na jej twarz, zamilkł. Zawiózł ją do domu i został.
Był trzy lata młodszy. Różnica niewielka, ale wydawało jej się, że dzieli ich dekada. Nie planował niczego, żył dniem, od rozmów o dzieciach uciekał. „Jakie dzieci? Zdążymy. Werka, czy nam źle we dwoje?” – śmiał się Krzysiek.
A ona pragnęła normalnej rodziny, dzieciaków, wspólnego wybierania wózka i pieluszek. On tego nie rozumiał.
Teraz celowo nie wyjmowała telefonu z torebki, by nie sprawdzać co chwilę. Ledwo powstrzymywała się przed telefonem. Każdego ranka, szykując się do pracy, z przyspieszonym biciem serca sprawdzała wiadomości. Krzysiek nie pisał.
Kolejny pusty wieczór. W telewizji leciał jakiś film. Weronika myślała o swoim, nie widząc ekranu. Dlatego nie od razu usłyszała dźwięk dzwonka z przedpokoju. Długo grzebała w torebce. Pchały się tam portfel, grzebień, drobiazgi. W końcu wyciągnęła telefon, ale to nie był Krzysiek. Odebrała, myśląc, że może rozładował mu się telefon albo miał wypadek…
— Weronika? — odezwał się starszy, kobiecy głos.
Od razu przestało ją obchodzić, kto dzwoni.
— To sąsiadka twojej ciotki Stasi. Aleksandra zmarła dziś rano.
Jaka ciotka Stasia? Jaka sąsiadka? O czym ta kobieta mówi? Nagle w głowie zapaliło się wspomnienie z dzieciństwa. Niska, okrąglutka kobieta, przypominająca Kopciuszka. Zasłaniała usta, gdy się śmiała – mąż wybił jej przednie zęby po pijanemu. Pachniało od niej piecem i pierogami.
Weronika nie mogła doczekać się lata, by jechać do ciotki. Ale mama powiedziała, że już tam nie pojadą. Nie pamiętała dlaczego. Potem zapomniała nawet o samej ciotce.
— Słyszysz mnie? — spytał obcy głos.
— Tak. Z czego umarła?
— Lekarz mówił, że oderwał się skrzep. Szpital w mieście powiatowym, nie taki jak w Warszawie. Można było ją zostawić w domu, ale upały… Przyjedziesz?
— Kiedy pogrzeb? — spytała Weronika. Nie miała zamiaru jechać.
— Pojutrze, trzeciego dnia, jak trzeba. Jeśli nie możesz, powiedz, przeniesiemy…
— Nie trzeba, przyjadę. Powiedzcie, jak tam dojechać, nie pamiętam — wyznała z trudem.
— Oczywiście — ucieszyła się kobieta. — Skąd miałabyś pamiętać? Wieś Załuże. Autobusem dwie godziny, samochodem szybciej.
— Przyjadę autobusem — odparła Weronika, przypominając sobie, że Krzyśka z samochodem już nie ma.
— Jedź do wsi Byków, do nas autobus nie dojeżdża, trzeba iść pieszo. Może cię odebrać?
— Nie trzeba.
— Przyjeżdżaj. Poza tobą nie ma już nikogo…
„Nie pojadę. Po co? Prawie nie pamiętam ciotki Stasi. Skąd ta sąsiadka wzięła mój numer?” — Weronika otwarła szafę. Wzrok przykuła czarna sukienka, w której chowała mamę. — „Mamo… Ty byś pojechała”.
Wyciągnęła granatową spódnicę w drobne kwiatki i czarny sweter. Reszta ubrań była zbyt jaskrawa na pogrzeb. Spakowała wszystko do torby.
Rano poszła do pracy i wzięła trzy dni urlopu bezpłatnego. Jak trzeba.
— Jeśli potrzeba więcej, dzwoń — powiedziała szefowa ze współczuciem.
Weronika wróciła do domu, zebrała rzeczy i pojechała na dworzec. Autobus już odjechał, na następny czekała dwie godziny. Nie miało sensu wracać. Zabijała czas w kawiarni i sklepach. Kupiła ciastka, wino. Nie wypadało jechać z pustymi rękami. Na stypie się przydadzą.
W drodze myślała, że ta podróż nie ma sensu. Gdy wysiadła, słońce chyliło się ku zachodowi, ale wciąż prażyło niemiłosiernie. Pot lał się po plecach, ubranie lepiło do ciała. Wkrótce wyprzedził ją samochód. Zatrzymał się nieopodal, wysiadł młody mężczyzna.
— Weronika? — spytał.
— Tak. Skąd…
— Nie pamiętasz mnie? Jestem Marek.
Przypomniała sobie chudego chłopca z wiecznym katarem. Nie mogła uwierzyć, że wy”To nie był już ten sam chłopiec – w jego oczach było coś, co sprawiło, że Weronika poczuła, jakby po raz pierwszy naprawdę go zobaczyła i zrozumiała, że los dał jej drugą szansę.”



