Gdyby nie twoja obecność…

Gdyby nie ty…

Zosia i Jadzia przyjaźniły się od przedszkola, razem biegały na przerwach, w liceum dzieliły się jedzeniem. Zosia wyrosła na piękną kobietę, zawsze otoczoną adoratorami, wszystko przychodziło jej z łatwością. Jadzia przeciwnie – nie rzucała się w oczy, jedna z wielu, nikomu nie zapadająca w pamięć.

Po maturze Jadzia poszła do szkoły pielęgniarskiej, bo chciała pomagać ludziom. Zosia uznała, że dyplomy to strata czasu – skończyła kurs kosmetyczny i malowała klientkom brwi i rzęsy w salonie urody.

Przyjaciółki były nierozłączne. Każdą awanturę Zosi z kolejnym chłopakiem Jadzia wysłuchiwała z cierpliwością świętej, czasem pocieszała, czasem cieszyła się jej szczęściem.

Aż pewnego dnia obie zakochały się w tym samym facecie.

Pierwsza poznała go Jadzia. Nie był przystojniakiem, zwyczajnym chłopakiem, z którym mogłaby ułożyć sobie życie. Ale los rzadko daje łatwe rozwiązania.

Jadzia wracala ze sklepu. Godzinę wcześniej przeszła ulewa, kałuże świeciły się na chodnikach. Omijając jedną z nich, zobaczyła nagle pędzącego w jej stronę gościa na hulajnodze elektrycznej. Patrzył przed siebie, jakby jej nie widział. W ostatniej chwili krzyknęła i odskoczyła – prosto do lodowatej wody.

– Hulajnogi, a nie ludzie! – warknęła staruszka z ławki, grożąc mu palcem. – Co się gapisz? Omal nie potrącił!

Facet się zatrzymał i odwrócił. Jadzia stała na suchym kawałku chodnika, rozpaczliwie oglądając przemoknięte buty.

– Przepraszam. Po co skakałaś w kałużę? Widziałem cię, ominąłbym – podszedł bliżej.

Jadzia nie potrzebowała jego tłumaczeń. Wpatrywała się w ziemię, szukając suchej drogi.

– Wsiadaj, podwiozę – zaproponował.

– Daj mi spokój – burknęła.

– Przeprosiłem. Wolisz brodzić w wodzie? Gdzie mieszkasz?

– Dziesięć, ulica Sienkiewicza.

Niepewnie stanęła przed nim, chwyciła kierownicę. Hulajnoga ruszyła, rozpryskując wodę na boki. Wiatr owiewał twarz, a szybkość zapierała dech. Jadzia nigdy wcześniej nie jeździła elektrykiem – bała się. Ale z nim czuła się bezpieczna.

– Która klatka? – spytał, pochylając się do jej ucha.

Ciepło oddechu na skórze sprawiło, że przebiegły ją ciarki.

– Trzecia.

Podjechał pod samo wejście, tak by mogła od razu stanąć na schodach. Przed drzwiami też rozlewała się kałuża.

– Dzięki – powiedziała.

Ich spojrzenia spotkały się na jednym poziomie. Zauważyła jego śniadą cerę, piękne oczy i uśmiech, od którego serce podskoczyło.

– Jestem Krzysiek.

– Jadzia.

– No to przepraszam jeszcze raz. Może pójdziemy kiedyś do kina? Wszyscy kumple wyjechali, samemu jakoś smutno – rzucił niespodziewanie.

Jadzia wzruszyła ramionami.
– Może.

– Jutro, siódma, to samo miejsce. – Uśmiechnął się, odjechał przez podwórko i zniknął za rogiem.

– Czemu się tak uśmiechasz? – spytała mama.

– Nic. Wlazłam w kałużę, idę umyć nogi. – Jadzia podała mamie chleb i zamknęła się w łazience.

Cały wieczór myślała o nim. Następnego dnia założyła dżinsy i trampki. Miała przeczucie, że znów przyjedzie na hulajnodze.

– Gdzie to? – zapytała mama.

– Do kina. Z Zosią – dodała szybko.

– Tylko nie późno! – krzyknęła za nią.

Jadzia wyszła przed klatkę, ale Krzysia nie było. Rozglądała się, rozczarowanie ścisnęło ją za gardło. „Uwierzyłaś, głupia” – usłyszała w myślach głos matki. Miała już wracać, gdy nagle…

– Hej!

Odwróciła się i zobaczyła uśmiechniętego Krzysia. Zarumieniła się, jakby mógł usłyszeć jej wstydliwe myśli.

– Wsiadaj, zaczyna się za dwadzieścia minut.

I znów wiatr we włosach, jego ciepło pleców. Serce zamierało z radości.

Po seansie wrócili pieszo, rozmawiając. Hulajnogę zostawili przed kinem.

– Z kim to ty wczoraj byłaś w kinie? – zadzwoniła rano Zosia. – Gadaj, koleżanko.

– Mama ci powiedziała? – spięła się Jadzia.

– Nie bój się, nie wydała cię. No to kto ten gość?

Jadzi aż świerzbił język, żeby się pochwalić. Nigdy wcześniej nie spotykała się z nikim. Zosia zmieniała facetów jak rękawiczki.

– Zwykły chłopak – skłamała.

Ale dla niej nie był zwykły. Już sam fakt, że ją zauważył, zaprosił, a dziś znów się spotkają…

Krzysiek czekał bez hulajnogi. Postanowili pochodzić po mieście. Wychodząc z podwórka, natknęli się na Zosię, jakby na nich czyhała.

– Cześć! – powiedziała, nie odrywając wzroku od Krzysia.

On też patrzył na nią jak urzeczony. Zosia uśmiechała się kokieteryjnie, rzucając mu spojrzenia. Poszli razem, ale wkrótce Jadzia została z tyłu. Zosia i Krzysiek oddalili się, nawet nie zauważyli, że jej nie ma.

Wróciła do domu wściekła, wyłączyła telefon. Nazajutrz Zosia przyszła osobiście, przepraszała, mówiła, że się zakochała…

Jadzia nie potrafiła długo się gniewać. Nadal się przyjaźniły, nawet po ślubie Krzysia z Zosią.

Jadzia skończyła szkołę pielęgniarską, pracowała w prywatnej klinice. Zosia dalej malowała brwi – bardziej dla zabawy niż z potrzeby. Krzysiek dobrze zarabiał.

Świętowali razem urodziny, Nowy Rok, jeździli na grilla. Jadzia coraz bardziej go lubiła, ale nigdy tego nie okazywała.

Pewnej nocy obudził ją telefon.

– Wiesz, która godzina? – warknęła, widząc nr Krzysia. – Muszę wcześnie do pracy.

– Zosia nie żyje – powiedział. Jego głos brzmiał jak jęk.

– Co się stało?! – krzyknęła, już rozbudzona.

– Wracaliśmy z działki, ona chciała prowadzić… Wjechał w nas laweta… Zosia zginęła na miejscu…

– Gdzie jesteś? W szpitalu?

Ubierała się w pośpiechu, gdyJadzia wzięła głęboki oddech i pomyślała, że czasami życie pisze najbardziej nieoczekiwane scenariusze, ale najważniejsze, że zawsze można na kogoś liczyć.

Rate article
Fajna Tajna
Gdyby nie twoja obecność…