— Ile pani ma lat? — chirurg plastyczny, doktor Wiktor Marian Kowalski, wpatrywał się w piękną twarz Jolanty.
Mrugnęła, uśmiechnęła się lekko, spojrzała w bok, po czym znów utkwiła wzrok w Kowalskim. Ileż to już takich kobiet widział w swoim gabinecie? Ile niemych błagań, sztucznych uśmiechów i kobiecych sztuczek? Za każdym razem, gdy pytał o wiek, one nagle przypominały sobie, że przed nimi stoi mężczyzna — młody i przystojny. Jolanta nie była wyjątkiem.
— A jak myśli pan, ile mogę mieć? — odparła kokieteryjnie.
On patrzył na nią surowo.
— Dwadzieścia dziewięć — skłamała bez mrugnięcia okiem.
Dlaczego kobiety tak bardzo boją się przekroczyć trzydziestkę?
— Trzydzieści dziewięć, jeśli być precyzyjnym — sprostował chłodno Kowalski, choć z litości odjął dwa lata.
— Nie da się pana oszukać, doktorze — powiedziała Jolanta, doceniając jego takt.
— Po co w ogóle próbuje mnie pani oszukiwać? Jestem lekarzem, nie potencjalnym narzeczonym. Wiek potrzebny mi jest do zupełnie innych celów. Gdyby pani naprawdę miała dwadzieścia dziewięć lat, raczej nie znalazłaby się pani u mnie. Wygląda pani świetnie jak na swój wiek. Wiele kobiet mogłoby pani zazdrościć.
— Straszny z pana człowiek. Widzi pan nas na wylot, jak przez prześwietlenie — znowu zagrała rolę zalotnej.
— To moja praca i doświadczenie.
— Żona ma szczęście. Rozumie pan kobiety jak nikt.
Kowalski chciał powiedzieć, że nie jest żonaty, ale się powstrzymał.
— A więc po co pani przyszła? Wygląda pani doskonale i nie potrzebuje operacji. Na razie.
Jej oczy rozbłysły zainteresowaniem na ten komplement.
— A wie pan, jakim kosztem to osiągam? Tak, mam bogatego męża. Mogę pozwolić sobie na najdroższe zabiegi i kremy, które, nawiasem mówiąc, słono kosztują. Ale zmęczyło mnie to — godziny na siłowni, potem kolejne w gabinecie kosmetycznym, maski, serum, zabiegi. Nie żyję, tylko walczę z czasem. Jestem zmęczona — powtórzyła.
— To niech pani go puści. Niech płynie. Każdy wiek ma swoje zalety. Nie trzeba udawać lepszej, niż się jest. — Kowalski obdarzył ją jednym ze swoich promiennych uśmiechów.
— Łatwo panu mówić. Mężczyzna nie musi walczyć z czasem, liczyć zmarszczek, kalorii, siedzieć na dietach. Wszystko dla sylwetki i pięknej cery. A kto nas do tego zmusza?
— No właśnie, kto? — podchwycił Kowalski.
Jolanta mu się podobała. Była szczera, pełna życia i uroku.
— Wy, mężczyźni! Czujecie się lepiej, gdy u boku macie młodą i piękną kobietę. Im starsi jesteście, tym młodszych wybieracie. — W kącikach jej ust pojawił się gorzki uśmiech, a w oczach — smutek, ale nadal wyglądała olśniewająco.
— Pochodzę z małego miasteczka. Mama pracowała w przetwórni drobiu, tata też. Potem fabrykę zamknięto, mama została salową w szpitalu, a tata zatrudnił się w kotłowni. W naszym miasteczku pracy nie było. Tata zaczął pić. Nienawidziłam tego życia, tego miejsca, od dziecka marzyłam o ucieczce — do Warszawy, o aktorstwie. — Jej spojrzenie zamgliło się wspomnieniami.
Kowalski doskonale ją rozumiał. Sam przyjechał do stolicy z prowincji.
— Do szkoły teatralnej mnie nie przyjęli. Za to znalazłam pracę — w budce na targowisku. — Widział, że to wyznanie przychodzi jej z trudem. — Nie będę opowiadać, jak walczyłam o przeżycie. Ale miałam szczęście. Pewna kobieta mnie zauważyła. Nawet ją oszukałam przy ważeniu. Zaprosiła mnie do domu mody. Nie takiego, gdzie chodzi się po wybiegu, choć i to się zdarzało… No, pan rozumie. Tam poznałam mojego przyszłego męża. Byłam młoda, zdesperowana… — Znów zamyśliła się. Kowalski milczał.
— Zakochał się we mnie bez pamięci. Oczywiście przyjęłam jego oświadczyny. To, że był starszy, nie miało znaczenia. Wygrałam los na loterii — miałam męża, mieszkanie w Warszawie, dom pod miastem, pieniądze. Spełniły się wszystkie moje marzenia.
Z pierwszego małżeństwa miał syna, w moim wieku, mieszka za granicą. Mąż nie chciał więcej dzieci. Pogodziłam się z tym. Restauracje, podróże, piękne suknie. Wiele kobiet mogłoby mi zazdrościć. Uciekłam z tego małego miasteczka i nie chcę tam wracać. — Westchnęła.
— A trzy dni temu wpadłam do biura męża bez zapowiedzi. Chciałam sprawić mu przyjemność. Kupiłam pączki — te z różową polewą, które lubi — i kawę.
Sekretarki nie było w recepcji. A raczej była tam, gdzie powinna — w gabinecie mojego męża. Nie zadali sobie nawet trudu, by zamknąć drzwi. Nie widzieli mnie. Wyszłam, zostawiając pączki i kawę na jej biurku. To było straszne. — Zakryła twarz dłońmi.
Kowalski czekał, nie przerywając. Ileż takich historii już słyszał w tym gabinecie? Kobiety zwierzały mu się jak spowiednikowi.
Odsunęła dłonie. Jej oczy były suche. Przez chwilę pozwoliła sobie zdjąć maskę pewnej siebie kobiety. Takie jak ona nie lubią pokazywać słabości.
— Nie byłam naiwna, wiedziałam, że ma inne kobiety. Ale wtedy się przestraszyłam. Zrozumiałam, że czas płynie, a wokół pełno młodych dziewczyn z długimi nogami, gotowych na wszystko, by zająć moje miejsce.
Wszystkie chcą pieniędzy. Mają to, czego ja już nie mam — młodość. Ma pan rację, mam czterdzieści lat. Nie mogę z nimi konkurować. Mężczyźni tacy jak mój mąż wolą młode, ładne i głupiutkie. Jeśli dla jednej z nich mnie porzuci, nie będę miała drugiej szansy. Nie chcę wracać do życia, od którego uciekłam. Wolę umrzeć.
Jej szczerość i rozpacz zaskoczyły Kowalskiego.
— A pan mógłby wszystko rzucić? Zrezygnować z Warszawy, pieniędzy, kariery? Wyjechać na prowincję, zostać zwykłym chirurgiem?
Milczał. Jolanta nie oczekiwała odpowiedzi. Wiedziała.
— Dobrze. Oto lista badań, które trzeba wykonać. Część można zrobić u nas. Potem wróci pani do mnie.
Jej oczy znów rozbłysły. Wstała z gracją, ale i z dumą.
— Niech pani jeszcze raz przemyśli decyMinęły lata, a Kowalski, patrząc na swoją żonę śmiejącą się z synem w ich prowincjonalnym domu, zrozumiał, że prawdziwe piękno nigdy nie potrzebuje skalpela.



