Trzy listy bez zwrotnego adresu
Było cicho, ani wiatru, ani szelestu liści, ani śpiewu ptaków, jakby sama natura zamarła w wiecznym spokoju. Ludzie też stali w milczeniu wokół otwartej trumny i ziejącego obok grobu. Kinga trzymała ojca pod rękę. Stał zdezorientowany, zgarbiony, wpatrując się w mamę.
Nieco dalej stali przyjaciele rodziców: Elżbieta i jej mąż Wojtek. Kinga znała ich od dzieciństwa, mówiła do nich po imieniu. Elżbieta co chwila przyciskała chusteczkę do oczu, a jej mąż patrzył gdzieś ponad trumną, w dal. Naprzeciw Kingi i ojca stali trzej koledzy z pracy mamy, z czerwonymi nosami i opuchniętymi od łez oczami. Jeszcze jacyś ludzie, których Kinga nigdy nie widziała. Ale skoro przyszli, znaczy, że znali mamę.
Nikt już nie podchodził, nie żegnał się z mamą, nie składał kondolencji. Wszyscy już pożegnali się w kaplicy, tam też odbyło się nabożeństwo. Teraz tylko stali i czekali na koniec ceremonii.
Kinga dostrzegła dwóch grabarzy. Jeden, pewnie ten starszy, jakby tylko na to czekał, spytał wzrokiem: „Czas?” Kinga ledwo dostrzegalnie skinęła głową. Czas. Ożywił się, wziął wieko oparte o drzewo i podszedł do trumny.
— Wszyscy się pożegnali? Zamykamy — powiedział starszy.
Lecz wtedy rozległ się cichy, ale stanowczy męski głos:
— Zaczekajcie!
Wszyscy obecni jednocześnie odwrócili głowy w stronę mówiącego. Wysoki, barczysty mężczyzna w długim czarnym płaszczu i kapeluszu z rondem podszedł do trumny. Robotnicy stali obok, trzymając wieko. Mężczyzna położył dwie białe róże i przykrył dłonią złożone na piersi ręce mamy, jakby chciał je ogrzać. Stał tak kilka minut, a reszta patrzyła na niego, zastanawiając się, kim jest. Jeden z grabarzy zakaszlał, przynaglając go. Nieznajomy odsunął rękę i odszedł na bok. W końcu robotnicy zamknęli trumnę, przykręcili wieko śrubami i opuścili ją do grobu. Kinga pierwsza rzuciła garść ziemi.
Gdy grabarze zasypywali grób, Kinga szukała wzrokiem nieznajomego w kapeluszu, ale zniknął. Gdy na świeżym kopczyku ustawiono krzyż z tabliczką i wieńce, ludzie ruszyli powoli w stronę wyjścia z cmentarza. Kinga z ojcem jeszcze chwilę stali sami przy grobie.
— Tato, chodźmy — powiedziała Kinga, a ojciec dał się poprowadzić.
W drodze wciąż myślała, kim mógł być ten mężczyzna. Przyszedł niepostrzeżenie i tak samo zniknął. Stał ze spuszczoną głową, rondo kapelusza zasłaniało twarz. Kinga zauważyła tylko gładko ogoloną brodę i okulary, choć nie była pewna co do tych ostatnich.
Stypę zorganizowano w kawiarni niedaleko domu. Kindze nic nie chciało przejść przez gardło. Była niewyobrażalnie zmęczona i pragnęła tylko, żeby to wszystko się skończyło. Wreszcie goście zaczęli się rozchodzić. Oni z ojcem wyszli ostatni. Kinga wciąż trzymała ojca pod rękę, w drugiej dłoni ściskała portret mamy w ramce, identyczny jak ten zostawiony na grobie.
— Jak się czujesz? — spytała ojca.
Ojciec tylko skinął głową.
— Tato, a kim był ten mężczyzna, który podszedł do mamy na cmentarzu? — zapytała.
— Skąd mam wiedzieć.
W głosie ojca zabrzmiało rozdrażnienie. W milczeniu doszli do domu. W mieszkaniu wciąż czuć było lekarstwa i chorobę, mimo że Kinga zostawiła otwarte wszystkie okna.
Ojciec od razu położył się na kanapie, przymknął oczy. Kinga nakryła go kocem, usiadła obok.
Spojrzała na drzwi do pokoju, gdzie leżała mama. „Odpoczęła” — powtórzyła w myślach słowa, które słyszała od niemal wszystkich na pogrzebie. Odpoczęli wszyscy. Mama — od strasznej, wyniszczającej choroby. Kinga — od ciągłego napięcia, strachu i oczekiwania na koniec. Ojciec — od bezradności i niemożności pomocy.
Łzy napłynęły do oczu. Kinga wyszła do kuchni, opadła na stół i cicho zapłakała.
Z czasem ból trochę osłabł. Kinga uprzątnęła z pokoju mamy wszystkie ślady choroby. Chodziła na uczelnię, ale czuła się pusta i samotna.
Ojciec ciągle milczał, chodził, szurając kapciami po podłodze jak starzec. To szuranie i milczenie drażniło Kingę. Całą swoją postawą pokazywał, jak bardzo cierpi. A czy jej było łatwo? Straciła mamę. Na jej barki spadły wszystkie domowe obowiązki i troska o ojca.
— Tato, co zrobić z rzeczami mamy? Mnie w ogóle nie pasują — spytała któregoś dnia, żeby zmusić go do rozmowy.
— Nie wiem. Oddaj komuś.
Łatwo powiedzieć. Ale komu? W weekend zabrała się za porządkowanie rzeczy mamy. To, co nowsze, odłożyła, może później wpadnie na pomysł, komu oddać. Stare i zniszczone spakowała w worek i wyniosła na śmietnik. Nie było jej szkoda, ale czuła dziwny wstyd.
Rozmiar butów też się nie zgadzał. Stare pantofle i kozaki zostawiła przy kontenerach — może komuś się przydadzą. W jednym pudełku znalazła zupełnie nowe białe półbuty. Nie mogła się zmusić, żeby je wyrzucić. Przymierzyła — za duże. Gdy chciała je odłożyć, zauważyła na dnie trzy pożółkłe koperty sprzed niemal dwudziestu lat. Dwie były zaadresowane na mamę, z miesięczną różnicą, trzecia — dwa lata później. Wszystkie bez zwrotnego adresu.
Dlaczego mama schowała je w pudle po butach? Dlaczego nie wyrzuciła? Czytać cudze listy niewłaściwie, ale mamy już nie ma. Może nie ma też tego, kto je napisał. Kinga porządkowała rzeczy, ale co chwila spoglądała na koperty.
Nie, nie uspokoi się, dopóki ich nie przeczyta. Gdyby była w nich jakaś tajemnica, mama raczej by ich nie zachowała. Może dlatego nie wyrzuciła, nie spaliła — żeby ktoś je znalazł i przeczytał. Zresztą nie były szczególnie dobrze schowane. Może o nich zapomniała? Gdyby w pudełku leżały stare buty, Kinga by ich nie wyciągała, wyrzuciłaby wszystko razem. I listy też.
WywnKinga odłożyła listy na półkę i postanowiła, że ta tajemnica pozostanie między nią a mamą, tak jak zawsze chciała tego kobieta, którą obie tak bardzo kochały.



