“Jesteś mi to winna, mamo”
Katarzyna poznała swojego przyszłego męża na ulicy. Zaspała na egzamin. Dopadła do przystanku, a tramwaj odjechał jej sprzed nosa.
– No cóż! – westchnęła, tupiąc nerwowo nogą. – Teraz już na pewno się spóźnię.
– Dziewczyno, dokąd pani biegnie? – obok zatrzymał się młody mężczyzna na rowerze. – Mogę panią podwieźć.
– Na rowerze? Żartuje pan? – odparła zirytowana.
– A dlaczego nie? Lepiej niż pieszo. Albo będzie pani czekać na kolejny tramwaj? Kto wie, kiedy przyjedzie. – Patrzył na nią, czekając na decyzję.
Telefonów komórkowych wtedy jeszcze nie było, miejskie budki rzadko działały, taksówki też nie dało się złapać od ręki. Więc co miała do stracenia?
– Przedziemy się przez podwórka, będziemy szybciej niż tramwajem – dodał zachęcająco.
Kasia przygryzła wargę, wahając się, ale czas uciekał. Podeszła do roweru i usiadła bokiem na bagażniku.
– Trzymaj się mocno – powiedział i odepchnął się od krawężnika. Rower kołysząc się niepewnie, ruszył z miejsca. Kasia już chciała zeskoczyć, przestraszona, ale po chwili pojazd nabrał tempa i jechali już równiej. Po dziesięciu minutach byli pod akademikiem medycznym. Kasia zeskoczyła.
– Dziękuję – skinęła głową, zauważając krople potu na jego skroniach. – Ciężko było?
– Troszkę – przyznał szczerze. – Jak masz na imię? – Siedział na rowerze, opierając stopę o schodek. Ich twarze były teraz na jednym poziomie.
– Kasia, a ty?
– Tomasz. Powodzenia na egzaminie! – rzucił i odjechał.
Kasia popatrzyła za nim i pobiegła na salę.
Gdy dotarła pod drzwi, pierwsi studenci już wchodzili do środka.
Koledzy z grupy opierali się plecami o ściany, wertując notatki. Kasia starała się uspokoić po szalonej przejażdżce i zebrać myśli. Drzwi otworzyły się, wypuszczając zadowolonego Rafała z głupawym uśmiechem.
– Piątka? – spytała.
– Czwórka – odparł radośnie, machając indeksem.
– Następny! – wychyliła się laborantka za stołem z zestawami pytań. Jakoś dziwnie przyglądała się Kasi. – Jak jeden wychodzi, drugi wchodzi. Nie będę wołać po raz drugi – mruknęła i zniknęła za drzwiami.
Kasia wzięła głęboki wdech i weszła. Wylosowała pytania, przeczytała i od razu poczuła ulgę – wiedziała odpowiedzi.
– Numer? – spytała laborantka.
– Trzynasty.
– Bierz kartkę i idź się przygotować. Kto gotowy? – rozejrzała się po sali.
– Ja – wyrwała się Kasia.
Laborantka uniosła starannie narysowaną brew.
– Pewna? Może…
– Pewna – przerwała jej Kasia.
Po krótkiej rozmowie z profesorem, Kasia podeszła do jego stolika.
– No i jak? – spytała koleżanka, gdy wyszła.
– Świetnie! – ledwo powstrzymywała radość.
– U kogo zdawałaś?
– U profesora. Był w dobrym humorze – dodała i ruszyła w stronę klatki schodowej. Jej buty dźwięcznie stukotały po żeliwnych stopniach.
Kasia wypadła z budynku i zobaczyła Tomasza. Czekał przy rowerze, oparty o drzewo. Zerwała się ze schodów, ledwo dotykając stopami.
– Nie odjechałeś?
– Chciałem się dowiedzieć, jak poszło.
– Świetnie! – uśmiechnęła się.
– Jedziemy?
– Dokąd? – zmieszała się.
Nie miała ochoty dzisiaj uczyć się do kolejnego egzaminu, ale też nie planowała wycieczki z obcym facetem.
– Gdzie chcesz. Możemy popływać łódką albo iść do kina. Albo zwyczajnie pochodzić po mieście.
– A praca?
– Jeszcze mam tydzień urlopu – odpowiedział.
Płynęli łódką, potem wstąpili do kawiarni, a na koniec zaszyli się w chłodnym kinie. Kiedy Tomasz odprowadził ją pod dom o zmierzchu, Kasia wiedziała już, że się zakochała.
– Gdzie byłaś? Już się martwiłam. Jak tam egzamin? – mama wypaliła od progu. – Nie czas na harce. Jak oblejesz sesję, stracisz stypendium.
– Nie obleję – obiecała Kasia.
Rok później wzięli ślub. Tomasz był starszy, miał już pracę. Wynajęli małą, zaniedbaną kawalerkę. Byli w niej najszczęśliwsi na świecie!
Półtora roku później ojciec Tomasza zmarł nagle na zawał, podczas wykładu. Był wykładowcą. Matka niemal oszalała z rozpaczy. Straciwszy sens życia, błąkała się po mieszkaniu albo leżała na łóżku, wpatrzona w sufit.
W obawie o jej stan, Tomasz zaproponował, by wprowadzili się do niej, by miała opiekę. Kasia oczywiście się zgodziła. Wracała z uczelni wcześniej niż mąż, gotowała obiad albo sprzątała. Gdy matka wchodziła do kuchni, patrzyła na Kasię jakby nie rozpoznawała jej.
Kasia podzieliła się obawami z mężem. Tomasz zabrał matkę do lekarza. Diagnoza potwierdziła najgorsze – przez stres po stracie męża, u teściowej szybko postępowała demencja. Rok później potrącił ją samochód. Wyszła po kefir, który mąż pił codziennie za życia. Kasia z Tomaszem byli w pracy.
W wielkim mieszkaniu zostali sami. Niedługo potem urodził im się syn. Żyli swoim rytmem – kłócili się, godzili, wychowywali chłopca, aż nagle wszystko runęło.
Kasia czuła, że Tomasz się oddala. Coraz częściej mówił, że ożenił się ze szczupłą dziewczyną, a teraz ma przy sobie “grubą ropuchę”.
– Może byś się odchudziła, poszła na siłownię? Ogólnie powinnaś o siebie zadbać. Zrób paznokcie, zmień fryzurę…
Kasia wiedziała, że ma rację, ale bolały ją te słowa. On też nie był już młody, brzuch mu zaczynał rosnąć.
– Wiesz, że nie mogę mieć długich paznokci – jestem dentystką.
Kasia podejrzewała, że Tomasz ma kogoś. Ale wracał z pracy punktualnie, nie wyjeżdżał służbowo. A jednak niepokój wciąż ją prześladował.
W przeddzień jego urodzin, spytała, ilu gości zaprosić.
– Nie mówiłem? W tym roku rezerwuję restaurację. Szef wspomniał o awansie.Kasia spojrzała w okno, widząc jak pierwsze promienie wschodzącego słońca rozświetlają nowy dzień, i zrozumiała, że mimo wszystko życie toczy się dalej, a ona wciąż ma w sobie siłę, by je przeżyć po swojemu.



