Za wszystko winny jest deszcz
Po południu niebo zasnuły chmury, a pod wieczór zaczął padać drobny deszcz. Wiosną ulice wyglądają szaro, szczególnie w takie deszczowe dni.
Marek jeździł samochodem po mieście już ponad godzinę, zabijając czas przed swoim wyjazdem. Wieczorem ulice stawały się coraz bardziej zatłoczone, więc ciągle stał w korkach i na światłach. Czas wlókł się niemiłosiernie, ale nie miał ochoty wracać do domu, a na dworzec było jeszcze za wcześnie.
Zatrzymał auto przy chodniku i wyłączył wycieraczki. Drobne krople deszczu pokryły przednią szybę, zniekształcając świat za nią.
Cały tydzień dochodził do siebie po odejściu Kingi. I wciąż było ciężko. Gdyby został w domu, znów by się upił, tak jak robił to przez ostatnie dni. Bez alkoholu nie mógł zasnąć.
Żyli razem z Kingą prawie rok, a wcześniej spotykali się przez dwa miesiące. Na początku było dobrze, nawet bardzo. Już planował, że latem pojadą nad morze i tam, na plaży, oświadczy się Kingi, mimo że ostatnio często się kłócili. Kinga czepiała się go o wszystko, była ciągle rozdrażniona i niezadowolona.
Tuż przed jej odejściem pokłócili się o prezent na Dzień Kobiet. Bukiet holenderskich tulipanów i torebka, o której marzyła, wydały się jej niewystarczające.
— Sam mówiłeś, że chcesz tę torebkę — burknął Marek. — I wcale nie była tania, przy okazji.
— Wiedziałam, że ją dostanę. Myślałam, że jeszcze coś dołożysz, zrobisz niespodziankę. Prezent powinien być wyjątkowy.
— No przepraszam, mogłaś dać znać, że chcesz coś więcej — powiedział ze znużeniem.
— A sam nie umiałeś się domyślić?
I Kinga znów zaczęła. Mówiła, że nie potrafi uszczęśliwić kobiety, że zarabia mało. Krzysiek kupił Justynie futro, a Agata dostała od swojego chłopaka pierścionek z diamentem.
— Twój Krzysiek kombinuje, zarabia nieuczciwie, balansuje na granicy prawa.
— I co z tego? Ona ma nowe futro i jeździ na europejskie wakacje. A ty taki uczciwy, więc siedzimy w biedzie.
— Nie przesadzaj, nie jesteśmy biedni. Chciałem kupić ci pierścionek, ale później. Po co ci futro na wiosnę? Poza tym on i tak zaoszczędził, kupując je na wyprzedaży.
— Udajesz, czy naprawdę nie rozumiesz? — Głos Kingi brzmiał ostro jak dzwonek na wietrze.
Wszystkie te kłótnie miały swoją przyczynę, Marek nawet domyślał się jaką, ale nie chciał w to wierzyć. Wcześniej też się sprzeczali, ale nocą się godzili. Tamtej nocy Kinga odwróciła się do niego plecami i klepnęła go po ręce, gdy próbował ją objąć.
Rano nie odezwała się do niego. Dzwonił przez cały dzień, ale nie odbierała, a potem wyłączyła telefon. Marek ledwie doczekał się wieczoru. Wracając do domu, kupił kwiaty, ale gdy wszedł do mieszkania, znalazł tylko kartkę.
Kinga napisała, że ma wszystkiego dość, że jest zmęczona i odchodzi do kogoś, kto jest gotów dać jej cały świat. Z szaf zniknęły jej rzeczy i walizka, z którą jeździli na wakacje.
Marek miotał się po mieszkaniu, rzucając wszystkim, co wpadło mu w ręce, zwłaszcza drobiazgami, które Kinga zostawiła lub celowo nie zabrała do nowego, lepszego życia. Potem wziął reklamówkę, wrzucił do niej resztę jej rzeczy, włącznie ze szczoteczką do zębów, kremem i szlafrokiem wiszącym w łazience. Nie lenił się, wyniósł wszystko do śmietnika za blokiem.
Najgorsze było to, że nie po prostu odeszła, ale do innego, zostawiając go z uczuciem, że jest nieudacznikiem. Tak właśnie się czuł. Nie mógł spać, bo poduszki wciąż pachniały Kingą. Wspomnienia dusiły go. Wstał, nalał sobie kieliszek wina. Nie pomogło, ale przynajmniej przespał kilka godzin.
Tak mijał cały tydzień. W pracy pojawiał się z podkrążonymi oczami. Koledzy współczuli. Wszystko odbiło się na jego wynikach. Szef zlitował się i zamiast wysłać nowicjusza, oddelegował Marka na staż do Gdańska.
— Zmień otoczenie, odetchnij i wróć w lepszej formie — klepnął go po ramieniu.
Po pracy Marek wpadł do domu, spakował sportową torbę, wrzucił do bagażnika i pojechał krążyć po mieście. Szyby auta pokryły się kroplami, za którymi znikał świat, widział tylko rozmyte światła mijających samochodów.
Otworzył okno i dostrzegł na budynku neon kawiarni. Wyobraził sobie przytulne wnętrze, stoliki, przyciemnione światło, cichą muzykę i gwar rozmów — właśnie to, czego potrzebował, by się rozerwać. Wysiadł i skierował się do środka. Nie było tłoczno, ale wolnych miejsc brakowało. Przesiadł się do baru i zamówił kawę.
— W barze serwujemy tylko alkohol. Proszę usiąść przy stoliku i zamówić u kelnera — życzliwie podpowiedział barman.
— Rozumiem — odparł Marek i rozejrzał się po sali, szukając, gdzie się dosiąść.
Niedaleko baru zauważył samotną dziewczynę przy stoliku. Przed nią stała filiżanka, którą mieszała uważnie łyżeczką. Ciemne włosy spięte w kucyk, delikatny profil, zgrabny nosek, oczy… Oczy miał zasłonięte. Patrzyła w dół. Obcisłe jeansy i dopasowany sweter podkreślały jej smukłą sylwetkę.
„Ciekawe, jakiego ma koloru oczy?” Nagle bardzo chciał to wiedzieć. Jakoś był pewien, że go nie odtrąci. PodeszNagle poczuł, że ten deszcz, który kiedyś wydawał mu się przekleństwem, stał się początkiem czegoś nowego i dobrego.



