Słuchając głosu serca

W pogoni za sercem

Krysia wybiegła z biura i zobaczyła, że winda właśnie przyjechała, a ludzie zaczęli się do niej wciskać.

— Czekajcie! — krzyknęła i ruszyła biegiem.

Pod koniec dnia pracy, tak jak rano, złapanie windy graniczyło z cudem. Krysia wpadła do środka w ostatniej chwili, przepychając się przez tłum. Musiała przytulić się do klatki piersiowej mężczyzny stojącego przed nią, żeby drzwi za jej plecami mogły się zamknąć.

— Przepraszam — szepnęła, odwracając głowę w bok, bo inaczej jego podbródek dotykałby jej czoła. Pachniał przyjemnie wodą kolońską.

— Nic się nie stało.

Tak jechali do parteru, przyklejeni do siebie jak przylepce.

W końcu winda się zatrzymała, a drzwi otworzyły. Krysia wysunęła się tyłem. Mężczyzna wyszedł za nią, delikatnie trzymając ją za rękę, żeby nie potknęła się w tłumie. Wyglądało to prawie jak taniec. Zanim zdążyła złapać oddech i mu podziękować, obok pojawiła się jej przyjaciółka Grażyna.

— Idziesz do domu? Podwiozę cię.

Krysia odwróciła się do niej, nie zdążywszy nawet dobrze się mężczyźnie przyjrzeć.

— Nie, przejdę się, trochę odetchnę.

Wyszły na ulicę. Mżył drobny deszcz, ludzie mijali je z parasolami.

— Pada. Poczekaj tu, podjadę po ciebie.

— Grażynka, dzięki, ale wolę na piechotę. — Krysia wyciągnęła z torebki parasolkę.

— No to nie, skoro nie — mruknęła Grażyna i spojrzała na nią podejrzliwie.

Krysia pożegnała się, rozłożyła parasol i wtopiła się w tłum „bezautowych” współpracowników spieszących do domów. Chciała zostać sama, pomyśleć, a szczerze mówiąc, do domu jej się nie śpieszyło.

Parasol przeszkadzał w rozmyślaniach, ciągle musiała omijać tych, którzy szli z naprzeciwka. W końcu go złożyła i schowała. Na drzewach i krzakach pęczniały pąki, a tu i ówdzie już wyglądały delikatne, młode listki. Ta chwila rodzącej się wiosny jest tak ulotna, że aż chciało się ją zapamiętać.

Krysia szła i myślała, jak to się stało, że znów się pomyliła, znalazła się nie tam i nie z tym? Nie chodziło o miejsce zamieszkania, tylko o związki. Mieszkała w mieszkaniu odziedziczonym po babci. Nie musiała spłacać kredytu. I właśnie to mieszkanie ciągnęło do niej nie tych mężczyzn, co trzeba. Zbyt późno to zrozumiała.

Więc przeciągała czas, szła wolno, byle tylko jak najpóźniej wrócić do domu, gdzie czekał na nią Wiesiek. A właściwie nie na nią, tylko na obiad, który mu ugotuje. A wszystko zaczęło się tak pięknie…

***

Żyły z mamą tylko we dwie. Tata odszedł, gdy Krysia miała dziewięć lat. Kiedy była w liceum, mama wyszła ponownie za mąż. W mieszkaniu pojawił się obcy mężczyzna, a Krysia przyzwyczaiła się chodzić po domu w krótkich spodenkach i topie. Mama zwróciła jej uwagę, że nie wypada pokazywać się przed dorosłym mężczyzną w półnagim stroju, i poprosiła, żeby ubierała się przyzwoiciej. Krysia i tak się go wstydziła, a teraz w ogóle starała się nie wychodzić z pokoju bez potrzeby. Problem rozwiązała babcia, proponując Krysi zamieszkanie u niej, żeby „młodzi” mogli się przyzwyczaić. Wszystkim to odpowiadało.

Krysia była na pierwszym roku studiów, gdy babcia zmarła i została sama. Na uczelni podobał jej się Przemek. Dziewczyny wręcz się o niego biły. Małe były szanse, że sportowiec i przystojniak zwróci uwagę na Krysię. Ale pewnego dnia na wykładzie usiadł obok niej, a potem odprowadził do domu.

Miesiąc później już u niej mieszkał. Mama próbowała tłumaczyć córce, że nic dobrego z tego nie wyjdzie, ale Krysia nie chciała słuchać. Przecież nie wtrącała się w życie matki, więc niech i mama nie daje rad. Jest dorosła, kocha i wszystko będzie dobrze. W efekcie pokłóciły się z mamą.

Prawie dwa lata żyli z Przemkiem jak małżeństwo. Studia dobiegały końca, zostały tylko obrony. Krysia nie miała wątpliwości, że Przemek jej się oświadczy, że się pobiorą. Ale obrony minęły, dyplomy odebrane i oblane, a oświadczyn nie było. Co więcej, Przemek powiedział Krysi, że wyjeżdża.

— Do domu? — spytała. — Kiedy wrócisz?

— Nie wrócę. Najpierw do domu, potem do Warszawy. Mam tam wujka, zaproponował mi pracę.

— A ja?

— Kryś, no co ty zaczynasz? Było nam dobrze, prawda? Jestem ci wdzięczny, że mnie przygarnęłaś, uratowałaś od życia w akademiku. Ale muszę iść dalej. Nie chcę się jeszcze żenić. Chcę budować karierę, kupić mieszkanie w Warszawie, podróżować i zwiedzać świat. Przecież nic ci nie obiecywałem, prawda?

— Moglibyśmy pojechać razem…

— Nie moglibyśmy…

Mówił, a Krysia patrzyła na niego i nagle zrozumiała, że wcale go nie zna. Płakała, mówiła o swojej miłości, prosiła, żeby został.

— Ale ja cię nie kocham. Było mi z tobą wygodnie. Jesteś dobrą dziewczyną, znajdziesz normalnego faceta, wyjdziesz za mąż, urodzisz mu dzieci. Ale takie życie nie jest dla mnie, przynajmniej na razie. Dziękuję ci, ale nasze drogi się rozchodzą. Przepraszam.

Odszedł, a Krysia przez trzy dni wypłakiwała się w poduszkę. Przyjechała mama, nie wypominała córce, że przecież ostrzegała, tylko przytuliła i pocieszyła. Najgorsze było to, że Przemek nie kochał, tak jak myślała Krysia, tylko korzystał z niej i z mieszkania. Ale przynajmniej po tym incydencie pogodziły się z mamą. Jedyna dobra rzecz po odejściu Przemka.

***

Krysia długo dochodziła do siebie po nieudanym związku. Nie umawiała się z nikim, a w pracy większość zespołu stanowiły kobiety.

Na przystanku autobusowym często widywała pewnego chłopca. Wsiadali do tego samego autobusu, jechali razem kilka przystanków. Z czasem zaczęli się do siebie uśmiechać, witać jak starzy znajomi, nawet zamieniali parę słów. Podobało jej się to nic nieznaczące towarzystwo. Nic o sobie nie wiedzieli, a jednak nie byli sobie obcy. RanoPo kilku miesiącach spotkań okazało się, że ten przystojny mężczyzna z windy miał dwie pasje: gotowanie i Krysię, a teraz codziennie zabiera ją do pracy, żeby mieć pewność, że znów nie ucieknie mu w tłumie.

Rate article
Fajna Tajna
Słuchając głosu serca