Dawno temu, w jednym z polskich miast, życie potoczyło się swoim nurtem…
— Dziś rozmawiałam z Jadwigą. Wyobraź sobie, znów się zapija — powiedziała Elżbieta, gdy telewizor przerwał emisję ulubionego serialu reklamą.
Spojrzała na męża. Lech półleżał na łóżku, oparty o poduszkę, i z rozbawieniem przyglądał się reklamie.
— Leszku, słyszysz mnie? Znów poszedł w tango — powtórzyła, nie doczekawszy się odpowiedzi.
— Słyszę. A co tobie do tego? — burknął, nie odrywając wzroku od ekranu.
— Jak to co? Jadzia to moja przyjaciółka. Martwię się o nią. Leszek, on ci nic nie mówił? — spytała Elżbieta, przyglądając się jego zaciśniętej szczęce.
— Nie składa mi raportów. Dawno go nie widziałem. A twoja przyjaciółka, mówiąc szczerze, to histeryczka. Ja też bym od takiej uciekał. Dość tego, serial się zaczyna.
— Ach tak? To on ci to powiedział? Więc to Jadzia winna? Zawsze u was kobieta zawini, byle znaleźć usprawiedliwienie dla swojego kreciego charakteru. A kto zrobił z nią histeryczkę? Całe życie się włóczy. — Elżbieta zacisnęła usta, a mąż wpatrywał się w telewizor.
— Słuchaj, ja też cię często krytykuję. Ile razy mówiłam, żebyś buty wycierał? Wnosisz piach do mieszkania. Wanny po sobie nie spłukujesz… Więc i ja jestem histeryczką? Może też się włóczysz? Dla towarzystwa? — wbiła w niego wzrok.
— No i zaczęło się. Dotarłaś i do mnie. — Lech zrzucił kołdrę i wstał. — Dokończę odcinek w kuchni.
— Po prostu żal mi przyjaciółki — rzuciła Elżbiecie w plecy.
— Mieli taką miłość. Właził do niej przez okno na drugie piętro z kwiatami. I czego wam brakuje? — krzyknęła w stronę uchylonych drzwi.
— Dopóki się zalecacie, nazywacie nas słoneczkami, zajączkami, kotkami. A jak znajdziecie sobie drugą, od razu jesteśmy histeryczkami — mówiła głośno, jakby mógł ją usłyszyć. — Tyle razy mu wybaczała. Pierwszy raz klęczał, przysięgał, że nigdy więcej, płakał jak bóbr. Dla dzieci wybaczyła. Nie, człowiek z niego dobry, ale duszę jej wypalił. Widocznie, póki mu nie odpadnie, tak będzie się szwendał… — Elżbieta zamilkła i nadstawiła ucha. Z kuchni nie dochodził żaden dźwięk.
*„A może i Lech mi zdradza? Czemu tak się uniósł? Trafiłam w czuły punkt? Nie, on jest leniwy. Jan choć dba o siebie, na siłownię chodzi. A mój ma już brzuch, łysinę…”*
Lecz zasiane wątpliwości zaczęły kiełkować. Elżbieta przestała patrzeć na telewizor. Wstała, wsunęła stopy w kapcie i pomaszerowała do kuchni. Lech siedział na krześle, paląc papierosa i wypuszczając dym przez uchylone okno. Powiało przeciągiem, i Elżbiecie przebiegły ciarki.
— Co to nagle zacząłeś palić?
Mąż drgnął, popiół strząsnął na stół.
— Phi, przestraszyłaś mnie. — Zdmuchnął popiół na podłogę. — Może też się martwię. W końcu jesteśmy z Jankiem przyjaciółmi.
— To byś z nim pogadał. Nie wstyd mu przed dziećmi? Jakie daje im przykłady? — Elżbieta podeszła do okna, wzięła popielniczkę i postawiła przed nim.
— A posłuchałby mnie… Nie będę mu radzić. To jego życie, wie, co robi. — Lech zaciągnął się ostatni raz, zgasił papierosa. Potem podszedł do okna i zamknął je.
— Chodźmy spać. — Przeszedł obok żony.
Elżbieta pokręciła głową, zgasiła światło i też poszła do sypialni. Lech leżał odwrócony plecami. W telewizorze leciał już program z Jerzym Połomskim. Elżbieta wyłączyła telewizor i położyła się. Tak zasypiali od miesięcy — tyłem do siebie.
Poznali się w studenckich latach, gdy świat pachniał nadzieją. Dwa lata później wzięli ślub. Życie toczyło się zwyczajnie — kłótnie, zgody, codzienność. Córka wyrosła, skończyła studia i wyjechała do Warszawy. Elżbieta nie myślała o szczęściu. A przecież je miała. Przyjaciele się rozwodzili, żenili ponownie. Każdy miał swoją historię. Ale oni trwali — dwadzieścia siedem lat razem, dwadzieścia pięć w małżeństwie. Ćwierć wieku.
Myśli wróciły do Jadwigi. W uszach wciąż brzmiał jej głos: *„Za co on mi to robi? Wszystko dla niego zrobiłam. Dzieci urodziłam. A teraz ani młodości, ani męża, na starość sama…”*
Po drugiej stronie łóżka Lech leżał z otwartymi oczami, wpatrując się w ciemność, tłumiąc westchnienia.
Dwa dni później Lech spóźnił się z pracy. Elżbieta się nie niepokoiła. Bywało. Może korki? A może spotkał kolegów? Po wyrazie twarzy zawsze znała powód. Jeśli wracał wesoły i podchmielony — znaczy, wpadli na „jednego”. Jeśli ponury — kłopoty w pracy.
W końcu w zamku zaskrzypiał klucz. Elżbieta słyszała, jak się rozbiera. Bez zwykłych pomruków. Potem poszedł do kuchni.
Gdy weszła, Lech siedział przy stole, oparty plecami o ścianę. Lecz nie wyglądał na zrelaksowanego — raczej na sprężynę gotową do wystrzału. Serce jej zamarło. Niepokój, który tlił się od tamtej nocy, znów się rozbudził. Lech wpatrywał się przed siebie, jakby ważył decyzję.
— Coś się stało? — spytała cicho, a lęk już wzbierał, wypełniał ją, sączył się ze spojrzenia. — Podgrzać kolację?
— Nie, jestem najedzony. — Wstał i, nie patrząc na nią, wyszedł.
Elżbieta wyczuła ledwo zauważalny zapach perfum. Obcy, a znajomy. Już go kiedyś znała.
Czekała w salonie, ale mąż nie wrócił. Zachorował? Poszedł spać? Weszła do sypialni. Lech siedział na krawędzi łóżka, w garniturze, ze splecionymi dłońmi na kolanach.
— Leszku… — zawołała.
— Usiądź — powiedział.
Posłusznie usiadła, znów wyczuwając obceElżbieta wyciągnęła do niego rękę, a on objął ją mocno, jakby trzymał się ostatniej deski ratunku.



