**”Arek i Jarek – przyjaciele na zawsze”**
Jarek rozwiązywał sprawy służbowe z kolegami w swoim gabinecie, gdy na biurku zadzwonił telefon. Już miał odrzucić połączenie, ale na wyświetlaczu zobaczył imię dawnego szkolnego przyjaciela.
– Przepraszam na chwilę – powiedział kolegom, wziął telefon i wyszedł na korytarz.
– Słucham – odezwał się ostrożnie.
W szkole miał przyjaciela – Arka, ale tyle lat minęło… Sam nie wiedział, czy jego numer się zachował, przecież tyle razy zmieniał telefon.
– Jarek? To naprawdę ty? To ja, Arek. Myślałem, że już dawno zmieniłeś numer, nawet nie miałem nadziei, że się dodzwonię – rozradowany głos w słuchawce rozbrzmiał ciepłem.
– Cześć, Arek. Co słychać? – Jarek wciąż był zaskoczony, mówił sucho, automatycznie rzucił standardowe pytanie. Ale Arek tego nie zauważył i ciągnął z entuzjazmem:
– Świetnie! Jestem w Warszawie. Słuchaj, wiem, że pewnie pracujesz, może nie w porę dzwonię… Spotkajmy się? Tyle lat się nie widzieliśmy. Kiedy znów będzie okazja?
– Słuchaj, mam teraz zebranie. Za godzinę będę wolny. Mów, gdzie mam podjechać. Cholera, dobrze cię słyszeć – odpowiedział Jarek, a jego głos złagodniał.
– No to jestem na Dworcu Centralnym. Stoję przed głównym wejściem.
– Znajdę cię. Tylko się nie ruszaj, dobrze? Czekaj – rzucił Jarek i wrócił do biura.
Mówił coś, uczestniczył w dyskusji, ale myśli zaprzątał mu Arek. Pietnaście lat minęło od ostatniego spotkania, od czasu, gdy wyjechał z rodzinnego miasta na studia.
Jarek zaparkował samochód i ruszył w stronę Dworca Centralnego. Jak zwykle tłoczno tu było. Rozglądał się, wpatrując się w twarze przechodniów.
– Jarek! – W jego stronę szedł uśmiechnięty mężczyzna, którego nie od razu rozpoznał. Zatrzymali się, przez chwilę mierząc się wzrokiem, potem uścisnęli dłonie, a w końcu, bez słowa, mocno się objęli.
– Jarek…
– Arek…
– Nie wierzę własnym oczom – Arek znów ścisnął przyjaciela. – Świetnie wyglądasz. Widzę, że wysoko zaszedłeś. Zawsze wiedziałem, że do czegoś dojdziesz. Tu za głośno. Może pójdziemy gdzieś na kawę?
– Jasne – zgodził się Jarek. – Mam auto. Niedaleko jest dobra kawiarnia. Przyjechałeś w sprawach służbowych?
– Teściową przywiozłem na operację. Staw biodrowy – ledwo chodzi. Długo czekaliśmy na termin. O rany… To twoje auto? – Arek niedowierzająco spojrzał na Jarka. Stali obok potężnego SUV-a.
– Moje, wsiadaj – Jarek uśmiechnął się, zadowolony z wrażenia.
Pod wrażeniem komentarzy Arka Jarek włączył się do ruchu i po pięciu minutach zatrzymał się przed klimatyczną kawiarnią. Wnętrze tonęło w półmroku, choć na dworze był dzień. Niewielu gości, cisza – zupełnie inaczej niż na dworcowym zgiełku.
– Tu chociaż można rozmawiać. Siadaj i opowiadaj. Ale zanim zdążyli usiąść, podeszła kelnerka.
– Dla mnie czarna bez cukru, a dla kolegi… – Jarek spojrzał na Arka.
– Dla mnie też kawa – szybko odpowiedział Arek.
–…i stek z ziemniakami, kawa i deser.
Kelnerka odeszła.
– Nie patrz tak. Jeszcze ci w pociągu jechać. Pewnie nic dziś nie jadłeś.
– Masz rację. Z teściową trzy godziny do szpitala się ciągnęliśmy. Ledwo chodzi… Tylko sam zapłacę.
Jarek nie odpowiedział.
– Nie myśl, że pomocy potrzebuję. Operację zrobią na NFZ. Po prostu… chciałem cię zobaczyć. Wybrałem numer, myślałem, że dawno go zmieniłeś, a ty odebrałeś – powtórzył Arek.
– Już zrozumiałem. Gadaj, jak tam u ciebie. Żonaty?
– Żonaty. Dwoje dzieci. Syn ma jedenaście, a Zosia siedem, szkołę podstawową zaczyna. Teść zostawił mi warsztat po śmierci, teraz tam pracuję. Powiem Kasi, że cię widziałem, nie uwierzy.
– Jakiej Kasi? – Jarek uniósł brwi. – Czekaj, ożeniłeś się z Kasią?
– Pamiętasz ją? No z nią. – Arek rozpromienił się. – W szkole za tobą latała. Nie dawała ci spokoju. Pamiętasz, jak uciekaliśmy przed nią po lekcjach? A ja ją lubiłem, od zawsze. Nie wiedziałeś? Jak wyjechałeś, strasznie przeżywała. Nawet chciała za tobą jechać do Warszawy. Matka nie puściła. A potem zacząłem się z nią spotykać. Tak to wyszło. Przynajmniej w tym cię wyprzedziłem. No a ty? Widzę, że żonaty. – Skinął głową na obrączkę Jarka.
– Żonaty – potwierdził. – Ale dzieci jeszcze nie ma.
– Rozumiem. A gdzie pracujesz?
– W jednej firmie. Kieruję działem sprzedaży.
– No proszę ciebie. W Warszawie mieszkasz, auto ciężkie… Lepiej niż reszta z naszej paczki – pochwalił go Arek.
Jarek uśmiechnął się powściągliwie.
– A pamiętasz, jak na ryby chodziliśmy? Jak uciekliśmy z domu na “Biegun Północny”? Matka mi tak skórę przetrzepała, że trzy dni nie mogłem usiąść…
– A jak prawie spaliliśmy szopę na działce? – przerwał mu Jarek.
– No, życie było. – W oczach Arka pojawił się smutek. – Zawsze wiedziałem, że zajdziesz daleko.
– Nie zazdrość – powiedział Jarek.
– Nie zazdroszczę, może trochę. Ale nie narzekam. Po teściu zostało stare “maluch”, wyremontowałem, teraz chodzi jak nowe. Kasia dobra gospodyni, dzieci. Za nich oddam duszę. Wiesz, gdy się zastanowić, to nie mam prawa narzekać. A ty?
– Co ja? – Jarek nie zrozumiał.
– W Warszawie mieszkasz, pracujesz, auto masz zajebiste, pieniądze są. Jesteś szczęśliwy? – Wzrok Arka stał się poważny.
– Nie wiem. Nie myślałem o tym. Do czego zmierzasz?
– No weź. Wszystko rozumiesz. My z tobą z innych światów jesteśmy. Ty w garniturze… Ja nawet nie wiem, o czym z tobą gadać.
– Arek, przestań. Strasznie się cieszę, że się spotkaliśmy – uśmiechnął się Jarek.
– Cieszysz się? A czemu nie dzwoniłeś przez tyJarek spojrzał na zegarek, westchnął głęboko i powiedział: “Może jednak czas wrócić do tego, co naprawdę ważne.”



