Bogaty mąż
Mikołaj Kozłowski wyrzucił żonę po zdradzie z hukiem. Oczywiście, zapewnił jej byt, ale nie chciał już mieć z nią nic wspólnego, w żadnych okolicznościach!
– Sam jesteś winien! Mikołajku, wybacz mi! – bełkotała Ewa.
– Oszalałaś na starość! – wrzeszczał. – Tak mnie kompromitować?! Ciesz się, że tylko cię wypędzam!
Ewka miała wtedy, tak jak on, czterdzieści sześć lat. Dzięki jego pieniądzom wyglądała na trzydziestkę, maksymalnie. I to też Mikołaja wkurzało! Komu by się spodobała czterdziestosześciolatka, gdyby nie te wszystkie inwestycje w jej życie?
Wszystkie historie o życiu
– Mikołajku, cześć! Czemu nie odpowiadasz na pozdrowienia? – zawołał go sąsiad z dawnych lat, chyba Wojtek.
Mikołaj Stanisławowicz zgrzytnął zębami. Co za przekleństwo! Ile lat minęło, odkąd wyprowadził się z tej kamienicy, a ludzie wciąż go rozpoznają. I nie dość, że ktokolwiek, to jeszcze miejscowa menda. Jedna z wielu…
Okno samochodu po stronie kierowcy opuściło się, i Jarek zapytał cicho:
– Pomóc, Mikołaj Stanisławowicz?
Machnął tylko ręką. Szybko przeszedł do klatki schodowej, ignorując byłego sąsiada. Więcej niż sąsiada… przyjaciela? Może. Ale to było tak dawno…
– No i co, po rozwodzie nie ożeniłeś się znowu? Wciąż kawalerujesz? – nie dawał za wygraną Wojtek.
Albo nie Wojtek? Co za różnica! Mikołaj połowę życia spędził, próbując o tym zapomnieć. Kiedyś on i ten Wojtek, oraz inni nieudacznicy, byli po prostu młodymi chłopakami. Mogli razem wyjść, napić się najtańszego wina. Kiedy to było? Trzydzieści pięć lat temu? A teraz on musi witać się z upadłymi alkoholikami, tylko dlatego, że matka…
– Cześć, mamo! – zawołał głośno, otwierając drzwi do mieszkania.
– Mikołajku! – odpowiedziała radośnie.
No i czemu matka nie chce się do niego wyprowadzić, do jego ogromnego domu w Konstancinie? Przyczepiła się do tego rodzinnego gniazda jak rzep do psiego ogona.
– Jak tam u ciebie, mamo?
Matka wciąż była pełna życia, mimo siedemdziesięciu ośmiu lat. Przechodziła dziennie z kijkami piętnaście tysięcy kroków. Sprawnie zamawiała zakupy przez aplikację. Oglądała nowoczesne kino na sprzęcie, który dostała od Mikołaja, i z przyjemnością narzekała na upadek sztuki. Dwa razy w roku jeździła do ciepłych krajów albo do Europy. Nowoczesna staruszka – Mikołaj był z niej dumny. Chętnie jej pomagał. Ale jej upór przy tym mieszkaniu… tego nie rozumiał. I za każdym razem rozmowa schodziła na ten temat. Mikołaj sam ją tam prowadził, ale nie mógł się powstrzymać – to była jego bolączka!
– Mamo, nie myślałaś o przeprowadzce?
– O czym mówisz? – spytała zdziwiona Krystyna Janowa.
Potrafiła udawać, że nie rozumie, gdy jej to pasowało. Mikołaj kochał swoją matkę… i będzie za nią tęsknił, gdy… ale nawet o tym nie chciał myśleć!
– No właśnie o tym! Przeprowadź się do mnie! Żebym już tu nie musiał przyjeżdżać!
– To nie przyjeżdżaj! Nie zmuszam cię. Jak zechcesz się spotkać, to umówimy się w centrum.
Jak ona może mówić to tak spokojnie? Jak to – nie przyjeżdżać? To przecież matka! Najbliższa osoba na świecie.
– Nie mogę tu nie przyjeżdżać! – oświadczył stanowczo. – Muszę się upewnić, że wszystko u ciebie w porządku. W domu i… w ogóle.
– A „w ogóle”, to znaczy jak? Z głową? – niewinnie zapytała matka.
Mikołaj nie mógł powstrzymać uśmiechu.
– Mamo, mamo! Czy mogłabyś nie omawiać z kumoszkami mojego życia osobistego?
– A ja omawiam? – uniosła brwi.
– Pewnie omawiasz, skoro miejscowi alkoholicy pytają, czy się nie ożeniłem.
– To może rzeczywiście byś się ożenił! – westchnęła. – Mniej byś mnie wtedy kontrolował.
– Czyli tak to wygląda? – zmarszczył brwi. – Że ja przyjeżdżam, żeby cię odwiedzić, to kontrola?
– Ty nie tylko przyjeżdżasz! Mam wrażenie, że czekasz, aż będę słaba i bezradna, żeby mnie siłą zabrać do tego swojego Konstancina!
– Mamo! – oburzył się do głębi.
Matka poderwała się z fotela i tupnęła:
– Właśnie tak! Siłą! Ty tego nie rozumiesz, że ja chcę spokojnie dożyć w swoim mieszkaniu! W którym się wychowałam! I ciebie, nawiasem mówiąc, wychowałam, niewdzięczniku!
Mikołaj aż się cofnął. Co się z nią stało?!
– Przyjadę innym razem… – mruknął i ruszył do wyjścia.
– Mam nadzieję, że choć raz przyjdziesz bez tych swoich aluzji! Do Konstancina z tymi twoimi nowobogackimi nie pojadę! – krzyczała za nim.
Mikołaj mieszkał w willi osiem kilometrów od Konstancina, ale matka nie zawracała sobie głowy szczegółami. Dla niej to było wszystko jedno. Nowobogaccy, dorobkiewicze, i tak dalej. Matka całe życie pracowała na uniwersytecie, wykładała literaturę obcą. Była profesorką. Kierowała katedrą. Męża pochowała wcześnie, w wieku pięćdziesięciu dwóch lat. Była jeszcze młoda i pełna życia, Mikołaj wtedy nie miałby nic przeciwko, gdyby wyszła ponownie za mąż, ale Krystyna oświadczyła:
– Po Stanisławie ta część życia mnie nie interesuje. Tyle jest pięknych rzeczy do robienia! Wszyscy się na tym żenieniu zafiksowali.
Mikołaj wtedy był szczęśliwy w małżeństwie z Ewą. Trochę mu było szkoda matki, ale cóż. Jej sprawa. On wtedy wspinał się po szczeblach kariery, zarabiał fortunę. Syna Jacka wychowywał. Wychował drania, a ten jak wyjechał do Anglii na studia, to już nie wrócił. Więc po rozwodzie z Ewą, który miał miejsce osiem lat temu, Mikołaj został zupełnie sam. I w sumie mu to odpowiadało, tylko czasem wkradała się myśl: czy nie powtarza losu matki? Może są do siebie bardziej podobni, niżby chciał. Ona nie chce się przeprowadzić do Konstancina, a on tak się odciął od zwykłych ludzi, że nawet Wojtkowi nie chce się przywitać. A co w tym złego? Przecież kiedyś nawet się przyW końcu Mikołaj zrozumiał, że szczęście nie leży w pieniądzach, lecz w prostych chwilach spędzonych z tymi, którzy naprawdę go kochają.



