*Dziennikowe zapiski*
Spotykaliśmy się z Jadzią już dwa lata. Zostawała u mnie na noc, gdy moja matka wyjeżdżała na działkę albo do przyjaciółki do Gdańska. Czekaliśmy na te krótkie chwile, docenialiśmy je. Ale lato minęło. Wrzesień jeszcze cieszył ciepłem, lecz wkrótce miały zacząć się ulewne deszcze. Mama przestała na każdy weekend uciekać z miasta. Pozostawało czekać, aż wybierze się do Gdańska – ale to zdarzało się rzadko.
Zrobiło się nam smutno.
— Michał, nie kochasz mnie? Nie chcesz być ze mną na dobre i na złe? — Jadzia delikatnie dała mi do zrozumienia, że czas pomyśleć o ślubie.
Staliśmy pod jej domem i od pół godziny nie mogliśmy się rozstać.
— Skąd taki pomysł? — Odsunąłem się i zajrzałem jej w oczy. — Już teraz zabrałbym cię do urzędu stanu cywilnego, ale gdzie będziemy mieszkać? Na wynajem mnie nie stać, ty masz jeszcze rok studiów. Chyba że zgodzisz się żyć z moją matką. U twoich rodziców też ciasno. Poczekajmy trochę. Jak skończysz studia…
— Ale nie mogę już tak się z tobą żegnać każdego dnia, czekać, aż twoja mama gdzieś wyjedzie. Rodzice pytają, dlaczego nie oświadczysz mi się. — Jadzia nabrała powietrza, ale zamiast westchnienia, wydusiła łkanie.
— Jadziu, obiecuję, że coś wymyślę. Kocham cię bardzo.
— Ja ciebie też — odparła cicho.
— Dobrze. Chodź — powiedziałem i mocno złapałem ją za rękę.
— Gdzie?
— Do ciebie. Poproszę twoich rodziców o twoją rękę. A może się rozmyśliłaś?
— Chodźmy! — zawołała radośnie.
Tak, trzymając się za ręce, weszliśmy do mieszkania Jadzi.
— Wchodźcie, młodzieży — powiedziała matka, witając nas z uśmiechem.
Na kuchennym stole stały już cztery filiżanki i wazonik z ciasteczkami, jakby na nas czekali.
— Widziałam was przez okno. Żegnaliście się pół godziny — uśmiechnęła się, widząc zdziwienie Jadzi. — Dość już wędrówek po ulicach. Zima nadchodzi. A co robicie, gdy śpicie, wiemy. — Na te słowa Jadzia spuściła wzrok. — My z ojcem nie mamy nic przeciwko waszemu ślubowi.
— Nie namawiamy, byście mieszkali z nami. Rozumiemy, że nie chcecie. W pracy kolega sprzedaje kawalerkę. Od razu pomyślałem o was — dodał ojciec.
— Dzięki, tato! — wykrzyknęła Jadzia.
— Nie ciesz się za wcześnie. Michał zrobił się jakby naburmuszony.
Spojrzałem prosto w oczy jej ojcu.
— Nie jesteście bogaci. Wstyd przyjmować takie dary. Jestem silnym facetem, sam zarobię na mieszkanie — powiedziałem.
— Co za wstyd? Kupimy, nie ukradniemy — zauważył ojciec, trochę dotknięty. — Komu mamy pomagać, jak nie dzieciom? Mnie rodzice zostawili to mieszkanie. Teraz my pomożemy wam stanąć na nogi. Wstyd ci? Zarobisz, kupisz większe, a na razie pomieszkacie w małym. I nie dla ciebie to kupuję, tylko dla córki, by była szczęśliwa. A szczęśliwa jest przy tobie. O, sumienie ma — ojciec łagodnie spojrzał na Jadzię, potem surowo na mnie.
Jadzia ścisnęła moją dłoń pod stołem, jakby mówiła: nie sprzeczaj się, zrób to dla mnie.
— Dziękuję — powiedziałem bez entuzjazmu.
Został tydzień do ślubu. Biała suknia kupiona, zaproszenia rozesłane, restauracja zarezerwowana.
— Michał, nie mamy w mieszkaniu kanapy. — Jadzia już mówiła „nasze”. — Na czym będziemy spać? Na podłodze? — zaniepokoiła się.
— Nie ma mowy. Kupimy.
— A kiedy? — słusznie zauważyła.
Poszliśmy do meblowego. Długo krążyliśmy między rzędami kanap o różnych rozmiarach i kolorach. Jadzia siadała, słuchała uczuć. W końcu wybrała jedną, skromną. Usiadła, zamknęła oczy.
— Świetny wybór, państwo młodu — odezwał się kobiecy głos.
Jadzia otworzyła oczy i zobaczyła sprzedawczynię uśmiechającą się przyjaznie.
— Widzę, że się państwu podoba. Bierzcie, nie pożałujecie. — Wymieniała zalety modelu. — Ostatni egzemplarz. Niech pan też spróbuje — zaproponowała.
Usiadłem obok Jadzi. Przytuliła się, położyła głowę na moim ramieniu.
— Młodzi małżonkowie? — spytała, choć widziała, że nie mamy obrączek.
— Jeszcze nie, ale ślub za tydzień — powiedziała Jadzia.
— Gratuluję. Dobry pomysł, by zacząć od kanapy. Wygodna?
— Tak. Nie chce się wstawać. A ile kosztuje? — ocknęła się.
Sprzedawczyni pokazała cenę na tabliczce.
— Kanapa „Marzenie” — przeczytała Jadzia i otworzyła szeroko oczy na widok ceny.
— Za marzenia zawsze się płaci — powiedziała filozoficznie.
— Ale… — zaczęła Jadzia.
— Podoba ci się? — szepnąłem jej do ucha.
— Żartujesz? Najwygodniejsza ze wszystkich.
— To bierzemy — wyrzuciłem z siebie.
Zabraliśmy kanapę. Na drugi dzień dostarczyli ją do mieszkania. Kiedy tragarze wyszli, usiedliśmy na niej i zaczęliśmy się całować.
W białej sukni Jadzia wyglądała cudownie. Nie spuszczałem z niej wzroku, nawet przy stole trzymałem ją za rękę, jakbym bał się, że ktoś ją zabierze.
— I co w niej widzisz? Zwykła dziewczyna, takich milion. Są lepsze — nie rozumiał mój przyjaciel i świadek.
— Nie trzeba mi lepszej. Jak się zakochasz, zrozumiesz — odparłem.
— Nie. Jeszcze nie urodziła się ta, dla której porzucę wolność.
— O czym gadacie? Michał, chodź — podeszła Jadzia i zabrała mnie.
Gratulowali nam, każdy chciał przytulić i pocałować Jadzię. Tańczyliśmy, całowaliśmy się przy okrzykach „Gorzko!“. Jadzia się uśmiechała, choć była zmęczona wysokimi obcasami i suknią. A ja marzyłem, by już być z nią sam na sam…
W końcu weszliśmy do mieszkania. Jadzia natychmiast zrzuciła buty i stała się taka mała. Wziąłem ją na ręce i zaniósłem na kanapę…
Wieczorami siedzieliśmy przed telewizorem, dzieląc się wrażeniami z dnia. Jadzia uwielbiała kanapę.Po latach, gdy ich syn wyprowadził się na swoje, a kanapa wciąż stała w domu, Jadzia i Michał siadali na niej wieczorami, trzymając się za ręce, i wiedzieli, że ich marzenia spełniły się właśnie tak, jak powinny.



