— Nie chcę do taty… Ciocia Kasia powiedziała, że tata już mnie nie kocha — Kacper objął kolana i wtulił w nie twarz, siedząc na łóżku.
Martyna zamarła. Wszystko wydawało się takie samo. Pognieciona piżama z samochodami, plecak z zabawkami w kącie, kurtka na krześle. Takie domowe, takie swojskie. Tylko syn nie biegał jak szalony po całym domu, tylko skulił się w kącie.
Dziś miał jechać do ojca, ale nagle prosił, żeby zostać w domu. Ostatnio te wyjazdy przestały go cieszyć. Martyna próbowała go przekonać, ale nagle chłopiec wyznał, że Kasia, nowa partnerka Jacka, go krzywdzi.
— Kacper… — Kobieta delikatnie usiadła obok. — Powiedz mi, o co chodzi?
Milczał. W końcu podniósł głowę i spojrzał na nią spod powiek. Nie wyglądał jak pięcioletnie dziecko. W jego oczach była taka zmęczona smutkiem dorosłość, jakby nikt go nie rozumiał.
— Tylko się bawiłem… A ona się wściekła, bo zabawka była głośna. Ten robot, pamiętasz? Zabrała go i powiedziała, że niedługo będą mieli inne dziecko, a tata o mnie zapomni. Że jestem… niepotrzebny. A jak komuś powiem — głośno westchnął — to nikt nie uwierzy. Bo ciocia Kasia powie, że to nieprawda. A ona jest dorosła. To jej uwierzą.
Mówił powoli, urywanym głosem, ledwo powstrzymując łzy. W Martynie wzbierała mieszanka gniewu, strachu i poczucia winy, że dopuściła do takiej sytuacji. W gardle ściskał ją gorzki guz.
Kacper odwrócił się i zaczął drapać paznokciem prześcieradło. Martyna sięgnęła po jego dłoń.
— Wierzę ci. Wiesz dlaczego? Bo ty nigdy nie kłamiesz. No, chyba że jak chowasz cukierki.
Chłopiec prychnął, ale się nie uśmiechnął.
— Tata wybrał ją zamiast mnie…
— Tata po prostu jeszcze nie wie całej prawdy — powiedziała Martyna, starając się brzmieć pewnie. — Ale zrozumie. Na pewno.
Gdy ułożyła syna do snu, postanowiła napić się herbaty. W ciszy przypomniała sobie, jak poznała Kasię. Jeśli to można nazwać poznaniem.
Rok temu dostała wiadomość z anonimowego konta: „Dzień dobry! Nie będę się przedstawiać, ale wiedz, że życzę pani dobrze. Jeśli chce pani wiedzieć, gdzie pani mąż spędza wieczory, proszę przyjść w poniedziałek o 19:00 do restauracji przy ulicy Mickiewicza 8. Stolik przy oknie.”.
Wtedy jeszcze łamała sobie głowę, kto kryje się za maską „życzliwej osoby”. Teraz wiedziała: to była Kasia. Życzliwość z posmakiem fałszu.
Tamtego wieczoru zobaczyła wszystko. Jacek naprzeciwko Kasi. Ich dłonie na stole. Splątane palce. Pocałunek w policzek. Potem mruczał coś o spotkaniu biznesowym, o koleżance, w końcu — że „to nic poważnego”. Ale Martyna nie zamierzała wybaczyć zdrady.
Rozstali się. Ale Kacper został. Tak jak Kasia, która wkrótce została żoną Jacka.
Jej wizerunek był nienaganny: uprzejma, przesłodka, świetna z dziećmi. Wszystko w jednym. Nawet kupowała Kacprowi prezenty na święta. Puzzle, zestawy z dinozaurami, raz — wielkiego pluszowego żółwia.
Ale te podarunki były tak naprawdę dla Jacka. Kasia nie walczyła o miłość dziecka, tylko o uwagę mężczyzny. Jej czułość była narzędziem, uśmiech — przynętą. A teraz, gdy jej cierpliwość się skończyła, a na horyzoncie pojawiła się perspektywa własnego dziecka, Kasia zmieniła ton.
Popełniła jeden błąd: Martyna mogła oddać mężczyznę. Ale nie pozwoli skrzywdzić syna.
Na lodówce wisiała lista zadań na jutro, ale Martynę to nie obchodziło. Miała jeszcze jedno, bardzo ważne zadanie na dziś. Porozmawiać z Jackiem.
Długo wpatrywała się w ekran, zanim nacisnęła przycisk połączenia. Sygnał wydawał się dłuższy niż zwykle. Gdy były mąż odezwał się, w jego głosie było lekkie rozdrażnienie. Późna pora.
— Coś pilnego?
— Pilne. Musimy pogadać. O Kacprze.
Od razu się spiął. Czuła to nawet przez telefon.
— Co z nim? Zachorował?
— Nie. Nie chce już do was przyjeżdżać. Mówi, że Kasia mu wmawia okropne rzeczy. Że go nie kochasz. Że będziesz miał inne dziecko i o nim zapomnisz.
Na drugim końcu zapadła cisza. W końcu Jacek odezwał się ostro, z jakąś urazą, jakby to on był teraz oskarżony o coś ohydnego.
— Martyna, no bez jaj! Serio myślisz, że uwierzę w te bzdury? Znowu zaczynasz. Znów próbujesz wleźć w moje życie i w relację z Kasią przez dziecko!
— Nie zaczynam. Jestem jego matką. Słucham go. A ty, widzę, nie — odpowiedziała twardo. — Bał ci się powiedzieć. I chyba słusznie.
— Po prostu wykorzystujesz dziecko! — ryknął. — Chcesz, żeby przestał z nami rozmawiać. Żebym czuł winę i biegał za tobą. To jest chore, Martyna. Po prostu chore.
Nie odpowiedziała od razu, bo bała się, że rozmowa zamieni się w kłótnię. Trudno było powstrzymać gniew. W skroniach pulsowało.
Oto Jacek. Nie najgorszy ojciec, ale wiecznie z tym młodzieńczym podejściem: wszyscy są przeciwko niemu. Bywał czuły dla syna, tak. Ale gdy tylko chodziło o Kasię, jego mózg się wyłączał.
— Mówię ci o synu. O tym, że go krzywdzą. A ty słyszysz tylko siebie. Kasia mu wmawia, że jest ci niepotrzebny. To według ciebie w porządku?
— Ona by tak nie powiedziała. Nigdy. Ona… Ona się stara. Po prostu jej nienawidzisz. Żal ci, że odszedłem. Więc wymyśliłaś, jak się odegrać.
— Odegrać? — powtórzyła Martyna. — Przy tobie się uśmiecha, a potem… Słyszałeś ją choć raz, jak rozmawia ze mną sam na sam?
Nie słyszał. Oczywiście, że nie. Nawet gdyby Kasia robiła to przy nim, i tak by znalazł wymówkę.
— Wśród ludzi — taka słodka owieczka, wzrok w podłogę, uśmiechnięta. A jak zostajemy same — inny film. „Wybrał mnie”. „To ty go nie utrzymałaś”. „Rozwódka z bagażem”. Słyszałam to. Wielokrotnie.
— Nie wierzę. Kasia taka nie jest.
— Właśnie że jest, JaceNa parkingu przed przedszkolem, gdy Martyna zabierała Kacpra, Jacek podszedł bliżej i powiedział cicho: “Martyna… musimy porozmawiać o nas wszystkich, dla niego”, a w jego głosie po raz pierwszy zabrzmiała prawdziwa troska.



