Męska przyjaźń
Wojciech zatrzymał swojego „Mercedesa” pod galerią handlową. Nie miał ochoty wychodzić z ciepłego wnętrza auta. Wczoraj padał mokry śnieg, który zamienił się w deszcz, a nocą mróz skuł wszystko lodem, tworząc nierówną, śliską skorupę, po której potykali się przechodnie.
Jutro urodziny mamy, a on, jak zwykle, zostawił zakup prezentu na ostatnią chwilę. W dużym sklepie na pewno coś wybierze.
Wyszepchnięty przez podmuch wiatru, który rozwiał poły jego płaszcza i poderwał jeden koniec szalika, Wojciech z trudem zamknął auto i ruszył w stronę wejścia. Ledwie postawił krok, a już poślizgnął się na lodzie i o mało nie upadł. Chodniki nie były jeszcze posypane piaskiem ani solą, a on miał na nogach eleganckie buty bez antypoślizgowej podeszwy.
Dopadł drzwi, wpadł do środka i odetchnął z ulgą. Już miał skierować się do działu z chustami, gdy przypomniał sobie, że w zeszłym roku też kupił mamie szalik.
— Wojtek, cześć! — usłyszał radosny okrzyk przy witrynie jubilera.
Obok niego stał Heniek, jego dawny, a jak się okazało, jedyny prawdziwy przyjaciel.
— Myślałem, że ciebie widzę. Ile to już lat? Wyglądasz świetnie, ubranie jak z zagranicy.
— Cześć. Dopiero co wróciłem — odpowiedział Wojciech, nieco zmieszany.
— Akurat o tobie myślałem. Słuchaj, może wpadniemy gdzieś na kawę? — zaproponował Heniek.
— Wpadłem tylko po prezent — odparł Wojciech.
— Moment, przecież pani Jadwidze niedługo urodziny, tak?
— Pamiętasz? — Wojciech ożywił się. — Jutro. Zostawiłem to na ostatnią chwilę…
— No dobra, wybieraj, nie będę ci przeszkadzał. Ja już mam swoje zakupy — Heniek pokazał torby w rękach. — Ale spotkajmy się w tym tygodniu, dobrze? Masz, weź. Będę czekał. Jeśli nie zadzwonisz, znajdę cię nawet pod ziemią — dodał i podał Wojciechowi wizytówkę.
Wybierając kolczyki dla matki, Wojciech wciąż myślał o niespodziewanym spotkaniu. Zaczynał mieć do siebie pretensje, że zachował się jak głupek, jakby nie cieszył się z widoku Heńka. A przecież cieszył — tylko był zaskoczony.
Gdy sięgał po portfel, by zapłacić, w kieszeni znalazł wizytówkę przyjaciela. „Zastępca dyrektora w firmie budowlanej »Nowy Dom«” — przeczytał z podziwem.
— Oj, przepraszam — zwrócił się do kasjerki, która cierpliwie czekała. — Spotkałem znajomego, nie widzieliśmy się wieki, rozumie pani?
Zapłacił i wrócił do domu, myśląc o przyjacielu…
***
Poznali się na pierwszej szkolnej zbiórce przed budynkiem podstawówki, obaj z identycznymi bukietami gladioli. Mieli te same szerokie uśmiechy i podobnie wystraszone spojrzenia. Gdy szli parami do środka, bez słowa złapali się za ręce. W klasie usiedli w jednej ławce.
Tak zaczęła się ich przyjaźń. Kłócili się, oczywiście, ale zawsze szybko godzili. A i tak były to tylko głupie sprzeczki. Heniek zawsze pierwszy wyciągał rękę na zgodę.
Nawet gdy po maturze wybrali różne uczelnie, nie protestowali. Wiedzieli, że każdy musi iść swoją drogą. Ale nikt im nie zabroni się spotykać. Wszystko zależało od nich.
Heniek dostał się na politechnikę, Wojtek na filologię angielską. Nie widywali się już codziennie, ale w weekendy zawsze znajdowali czas, by się spotkać i nagadać.
Na politechnice dziewczyn było jak na lekarstwo. Na wydziale Wojtka — prawdziwy kwiat kobiecości. Oczy rozbiegały mu się od tych wszystkich pięknych twarzy. A chłopaków było garstka, więc każdy cieszył się zainteresowaniem.
Wojtkowi podobała się tylko jedna — niewysoka, żywiołowa Kinga. Nigdy nie wydawała się smutna. W jej oczach zawsze krył się błysk gotowy wybuchnąć śmiechem i rozświetlić całe otoczenie. Lekka, pełna życia, z długimi kręconymi włosami. Wojtek nie mógł oderwać od niej wzroku.
Długo nie miał odwagi zagadać. W końcu podszedł i poprosił o pomoc w tłumaczeniu.
— Mógłeś od razu powiedzieć, że chcesz się poznać — Kinga spojrzała na niego rozbawionym wzrokiem.
— Chcę… Chcę cię odprowadzać po zajęciach. Można? — wyjąkał Wojtek.
— Odprowadzaj — odpowiedziała lekko, obdarzając go uśmiechem.
Szli przez wiosenny Kraków, a Wojtek czuł, że nigdy w życiu nie był szczęśliwszy. Serce waliło mu jak oszalałe. Nie istniał nikt, kto mógłby być bardziej szczęśliwy niż on w tej chwili. Po powrocie do domu rozpamiętywał każde jej spojrzenie, każdy uśmiech, ale słów już nie pamiętał. Ledwie doczekał ranka, by znów ją zobaczyć.
Odprowadzał ją prawie codziennie. Chłodny kwiecień ustąpił letniemu majowi, a Wojtek wciąż nie odważył się jej pocałować. Wkrótce kończyły się zajęcia, a potem Kinga miała wyjechać z rodzicami na wakacje, a później do babci i zostać tam do końca lata. Na samą myśl ogarniało go przerażenie.
Ostatnią szansą na zbliżenie były jego urodziny, które przypadały na ostatnią niedzielę maja. Zaprosi ją do domu, przedstawi rodzicom i w końcu wyzna, co czuje.
Kinga zgodziła się bez grymasów. Uradowany, Wojtek poprosił, by przyprowadziła koleżankę, z którą często ją widywał.
— Monikę?
— No. Mam przyjaciela, znamy się od podstawówki. Studiuje na politechnice, a tam dziewczyn jak na lekarstwo. Takich jak ty tam nie uświadczysz.
— Dobrze. A jeśli mu się nie spodoba? — spytała Kinga.
— Niech chociaż nie będzie sam, a dalej zobaczymy.
Rano mama krzątała się w kuchni. Wojtek próbował pomagać, ale ze zdenerwowania tylko przeszkadzał. Co chwilę biegł się pytać, czy założyć koszulę i krawat, czy może lepiej bez.
— Wynieś talerze na stół — poprosiła mama. — I przestań się tak denerwować. Już mi się podoba, skoro tobie.
— Mamo, jesteś cudowna. — Wojtek pocałował ją w policzek. — Jestem pewny, że ci się spodoba.
Pojawił się Heniek, a Wojtek trochę się uspokoił. Ale wciąż zerkał na zegarek. Dziewczyny się spPo latach milczenia, spotkali się ponownie, a ich przyjaźń okazała się silniejsza niż dawna rywalizacja, i choć drogi ich życia wiodły w różnych kierunkach, w sercach nadal zostali tymi samymi chłopcami, którzy trzymali się za ręce na pierwszej szkolnej zbiórce.



