No końca po co ci to wszystko?
— Nazywasz mnie bezduszną?! Mnie? To ty najpierw zapomniałeś o oszczędnościach, potem o wszystkich przyzwoitościach, a teraz przywlokłeś do mnie ciężarną i żądasz większego pokoju! Jak ci się podoba ta sytuacja, synu?
Krystyna mówiła ostro, ale uczciwie. Nie atakowała. Chciała po prostu bronić swojego.
Tymczasem Marek krążył po pokoju, jakby szukał dogodnej pozycji do ataku, wypatrując słabości. Widać było po nim, że wcale nie uważa się za winnego.
…Wszystko zaczęło się dawno temu. Od dnia, kiedy Krystyna i Tadeusz – niech spoczywa w pokoju – wprowadzili się do swojego pierwszego mieszkania. Nawet bez łóżka. Zaczęli od dmuchanych materacy. Z czasem uzbierali na drugie mieszkanie, dla syna. Potem zbudowali dom letniskowy. Dwie rodziny, żeby kiedyś na werandzie i w ogrodzie bawiły się wnuki.
Ale Tadeusz odszedł, gdy Marek ledwo dostał się na studia. Mąż zostawił Krystynie wszystko: owoce ich wspólnej pracy, szczęśliwe wspomnienia i ostatnie źródło ciepła i radości – ich syna.
Marek zdobył dyplom, wyprowadził się, ożenił. Krystyna doczekała się wnuka. Była szczęśliwa. Tylko że rok później Marek oznajmił, że się rozwodzi.
— Nie dogadaliśmy się charakterami. Nie mogę z nią żyć — powiedział, jakby chodziło o znalezionego szczeniaka. — No i dogadaliśmy się… Skoro jestem ojcem, dałem jej mieszkanie. W zamian obiecała nie wnosić o alimenty.
Krystyna złapała się za głowę.
— No brawo. Prawdziwy rycerz. Z pustymi kieszeniami. Przecież nie ty kupowałeś to mieszkanie — skarciła go.
Już wtedy przeczuwała, że za ten cyrk wielkoduszności zapłaci ona. I nie myliła się.
Wkrótce syn wrócił, już z nową żoną. I już w ciąży.
Prosili, żeby mogli u niej chwilę pomieszkać. Krystyna nie miała nic przeciwko. Na początku.
Starała się być uprzejma. Gotowała, sama wymieniała ręczniki w łazience, wieszała cudze ubrania na suszarce. Nawet przyzwyczaiła się zostawiać dodatkowe porcje na kuchence: nagle Ewa zgłodnieje.
Ale bardzo szybko stało się jasne, że wdzięczności nie będzie.
Ewa nie pracowała, tłumacząc, że w jej stanie to niemożliwe. Krystyna nie protestowała, starała się okazywać zrozumienie, choć w głębi duszy się nie zgadzała.
— Na jej miejscu harowałabym chociaż do siódmego miesiąca — żaliła się przyjaciółce Grażynie. — Nie mają mieszkania, Marek ledwo wiąże koniec z końcem. Powinna była wiedzieć, za kogo wychodzi. Powinna zrozumieć, że sam nie udźwignie. A ona się leni.
— No, Kryś, bądź wyrozumiała. W końcu to ciężarna dziewczyna… — łagodnie odpowiedziała Grażyna.
— Dziewczyna jak lalka. Sama kiedyś rodziłam, wiem, jak to wygląda. Trzeba myśleć głową, zanim się zrobi dziecko. Nie jest ciężko chora, nawet nie ma mdłości. Po prostu dobrze się urządziła. Jak myślisz, do kogo przybiegną, jak nie starczy im na wózek?
— Poczekaj trochę, może się ułoży. Jak dziecko pójdzie do przedszkola, może wróci do pracy…
— Daj spokój. Jakie przedszkole? Mieli być tylko na kilka miesięcy — uspokajała sama siebie Krystyna.
Sprzątanie też szło jak po grudzie. W pokoju syna wszystko pokrywała cienka warstwa kurzu. Krystyna nie nadążała zmywać naczyń – w zlewie stale coś się pojawiało. Kubki po herbacie w ogóle nie były myte. Zostawały w pokoju Marka i stopniowo czerniały od osadu.
Krystyna znosiła to cierpliwie. Zawsze najpierw obserwowała, potem działała.
A Marek, jak na złość, zdawał się żyć w jakimś swoim świecie. Wracał z pracy późno, a w domu albo wpatrywał się w telefon, albo od niechcenia głaskał brzuch Ewy i szedł palić na ławkę pod blok. Palił długo, ze smartfonem. Gadał z sąsiadami o byle czym.
Było jasne, że w tym tempie nie uzbierają pieniędzy.
— Mamo, może zamienimy się pokojami? U nas nawet łóżeczka nie ma gdzie postawić — rzucił pewnego dnia tak lekko, jakby prosił o sól.
Krystyna nie od razu znalazła odpowiedź. W trzy sekundy przed oczami przemknęły jej sceny z życia rodzinnego. Jak z Tadeuszem z miłością tapetowali ściany, jak wybierali zasłony, jak mąż uśmiechał się i nazywał ich dom twierdzą.
A teraz ktoś zamienia tę twierdzę w ruinę i bezczelnie buduje swoje gniazdko z gruzów.
— Do łóżeczka jeszcze cztery miesiące. Przecież jesteście u mnie tymczasowo, a nie na zawsze, prawda?
Spuścił wzrok. Ewa odwróciła się. I stało się jasne – nie tymczasowo. Powoli urządzali się tu na dobre. Już wszystko ustalili.
Syn próbował jeszcze kilka razy negocjować. Krystyna nie ustąpiła.
Następna wielka awantura wybuchła tydzień później. Marek rzucił przy śniadaniu:
— A może sprzedamy domek letniskowy? Starczyłoby na wkład własny.
Dobrze, że Krystyna wtedy siedziała. To już nie była prośba. To było żądanie.
— Marku, całe życie z twoim ojcem harowaliśmy na ten dom. Tata włożył w niego duszę, sam prawie nad projektem siedział. A ja go nie sprzedam jeszcze dlatego, że ty nie umiesz dbać o majątek.
— No a po co on tobie? Jesteś sama. A tak wzięlibyśmy kredyt, mieszkalibyśmy osobno, wszystkim byłoby lżej.
Krystyna otworzyła szeroko oczy. Nie spodziewała się takiego ciosu w czuły punkt. Wciąż boleśnie odczuwała brak Tadeusza, czasem nawet płakała w nocy.
— No, chodziło mi… — zmieszał się syn. — I tak sama nie dasz rady z tym domem.
Zapadła cisza. Krystyna nagle zrozumiała – syn i synowa wyssą z niej wszystkie soki. A co będzie z nią, kiedy odda pokój, domek, mieszkanie?
Pewnie nic dobrego. Marek będzie dalej rozdawał to, na co inni ciężko pracowali. Krystynie zostanie tylko cierpieć.
Nie, trzeba to skończyć.
— Macie trzy dni, żeby się wynieść — powiedziała lodowatym tonem. — Gdzie chcecie. Razem z ciążą, łóżeczkiem i kredytem. Dość.
Zrobiło się cicho. Bardzo cicho. Tak bardzo, że przez następny miesiąc Krystyna nie dostała nawet krótkiej wiadomości.
ZNa werandzie, gdy kot mruczał jej na kolanach, a letni wiatr szeleścił liśćmi jabłoni, Krystyna uśmiechnęła się smutno, bo zrozumiała, że czasem prawdziwa miłość wymaga twardej ręki, by próbowała być pomocą, a nie kulą u nogi.



